#14 Shakira “She Wolf” (2009)

Po czterech latach otrzymaliśmy od Shakiry świeży materiał. Na początku pomyślałam: po takiej przerwie dostajemy tylko 9 nowych numerów? (9 + 3 hiszpańskie wersje). Całość (12 utworów) daje nam jakieś 40 minut. Ale na szczęście nie jest to płyta, o której można powiedzieć “zmarnowany czas”. Piosenki nagrane są w stylu pop. Gdzieniegdzie pojawia się inspiracja r&b (“Long time”). Przyznam, że dotychczas przeszkadzający mi głos Shakiry tutaj jest niezłą podstawą do utworów. A one same wręcz uzależniające. Cały czas lata mi po głowie “Why Wait” czy mój numer 1 z nagrań wokalistki – “Men In This Town”. Najsłabszym punktem albumu jest nużące “Gypsy”. Szkoda jednak, że “wilczyca” nie pokazała pazurków. Trzeba jednak przyznać, że “She Wolf” to niezwykle energetyczna i przebojowa płyta. Starym fanom może jednak nie przypaść do gustu. Nie ma tu charakterystycznego latino popu. Może mniej tu piosence do tańca brzucha a więcej do wyginania się jak robi to artystka w teledysku “She Wolf”. Jednak i o nich gwiazda nie zapomniała przygotowując hiszpańsko-języczne wersje: “She Wolf” (“Loba”), “Why Wait” (“Ańos Luz”) oraz “Did It Again” (“Lo Hecho Está Hecho”).

#13 Gwen Stefani “The Sweet Escape” (2006)

Druga płyta jest zazwyczaj najtrudniejszym sprawdzianem dla artysty. Musi udowodnić, że (jak w przypadku Gwen Stefani) pochwały pierwszej płyty i nadzieje pokładane w nim nie były przypadkowe. Solowy debiut Gwen “L.A.M.B.” był świetny. Trudno jej było pobić taki wynik. I niestety nie temu nie podołała. Zwróciłam uwagę przede wszystkim na niespójność tego krążka. Mamy tu pop (“Fluorescent”, “U started it”), charakterystyczny dla Stefani rap (“Now that you got it”), ballady (“Early winter”, “4 in the morning”) a nawet próbę jodłowania w kiepskim “Wind it up”. Razem sprawia to wrażenie płyty, na którą wokalistka wrzuciła wszystkie piosenki, których nie opublikowała wcześniej. Sama Gwen utwierdza mnie w tym przekonaniu mówiąc, że niektóre z tych utworów zostały nagrane przed wydaniem samego “L.A.M.B.”. Po przesłuchaniu “The Sweet Escape” w pamięci pozostały mi jedynie “Yummy” ft. Pharrel Williams i “Don’t get it twisted”. No i jeszcze słówko o balladach. Śpiewanie ich niech lepiej zostawi Christinie Aguilerze. O wiele lepiej idzie jej w tanecznych piosenkach.

#12 The Pussycat Dolls “PCD” (2005)

Kto kryje się pod nazwą “The Pussycat Dolls”? Szóstka (wówczas) nieźle śpiewających dziewczyn, które przy pomocy założycielki – Robin Antin – i zarażającej muzyki w 2005 ruszyły na podbój świata. Z tylko tej płyty wypuściły 7 singlii. Biorąc pod uwagę ich wysokie pozycje na listach przebojów odwaliły kawał obrej roboty. Nie dziwi mnie dobra sprzedaż tego krążka. Niemal każda piosenka otrzymała ode mnie pozytywną opinię. Które najbardziej przypadły mi do gustu? Przede wszystkim “Buttons”, w którym słychać arabskie rytmy. Równie świetne są “Flirt”, “I don’t need a man” i “Bite the dust”. Mają w sobie niezwykły power. Fanów r&b zainteresuje z pewnością “Don’t cha”. Genialna piosenka. Na “PCD” spodobała mi się różnorodność utworów. Trudno nie zwrócić uwagi na nieco soulowe “Feelin’ good”, balladowe “Stickwitu” czy na przekór tanecznym brzmieniom “How many times how many lies”. W przeciwieństwie do innych już zrecenzowanych przeze mnie płyt “Dollsy” umieściły aż 7 coverów. Oprócz wspomnianego wcześniej “Feelin’ good” czy “Don’t cha” mamy tu przeróbkę “Sway”, “Tainted love”, “Hot stuff”, “Right now”, “We went as far as we felt like going”

#11 Norah Jones “The Fall” (2009)

Zapewne teraz 90% z was myśli sobie: “skąd ona wytrzasnęła tę wokalistkę?” oraz “kto to jest?”. Odpowiedź na pierwsze: nie skupiam się tylko na muzyce pop. Inne gatunki są nie mniej ciekawe. Odpowiedź na drugie: jedna z najpopularniejszych amerykańskich piosenkarek. Godne podziwu jest to, że jej poprzednie 3 albumy nie były nafaszerowane tanecznymi hitami a mimo to osiągnęły ogromny sukces. Zarówno “Come away with me”, “Feels like home” i “Not too late” były utrzymane w bardzo spokojnej, momentami nużącej jazzowej stylistyce. Na “The Fall” wreszcie zaczyna się coś dziać. Artystka dodała do utworów szczyptę rockowego grania. Norah też śpiewa trochę energiczniej i odważniej. Nagrała idealną płyta na zbliżające się jesienne wieczory. Pod warunkiem, że skupicie się tylko na muzyce, bo może wam sporo umknąć. To jedyny minus, jaki dałabym albumowi “The Fall”. A plusy? Nastrojowość, nie banalność, dobre teksty i świetny wokal Jones. Trudno mi wybrać tą najlepszą piosenkę, bo wszystkie reprezentują wysoki poziom. O, już mam. Polecam “Young blood” i “Men of the hour”.

 

#10 Katy Perry “One of the Boys” (2008)

Pierwsze, na co zwróciłam uwagę po przesłuchaniu “One of the boys” to to, że z chęcią włączyłam cały album od początku. Wiele poprzednio recenzowanych płyt odkładałam po jednym przesłuchaniu. Dotychczas wydawało mi się, że pozostałe piosenki Katy są nudne. A tu taka miła niespodzianka. Podoba mi się ciekawy/oryginalny głos Perry. Fajnie brzmi szczególnie w “I kissed a girl” i “UR so gay”. Ogólnie Katy śpiewa piosenki w stylu pop-rock. Nic dziwnego, że dopisałam ją do listy swoich ulubionych wokalistek tego gatunku (obok Avril Lavigne i Hayley Williams). Sama muzyka na “One of the boys” brzmi świetnie i nie banalnie. Chyba poszukam instrumentalnych wersji tych utworów. Słyszeliście kiedyś balladę w wykonaniu Katy? “Thinking of you” jest jednym z najlepszych momentów na płycie. Pokrewne balladzie jest też ‘Lost” i “I’m still breathing”. Ta druga bardziej przypadła mi do gustu. Może dlatego, że lubię twórczość Lily Allen a początek piosenki Katy skojarzył mi się z jej muzyką? Szkoda, że w Polsce Katy Perry znana jest głównie jako wokalistka pop. Tak to jest, jak w radiu puszczają tylko “I kissed a girl”, “Hot & cold” czy nowy singiel “California gurls”. Więc jeśli lubicie trochę ostrzejsze piosenki niż te przed chwilą wymienione, szybko przesłuchajcie ten album.

#9 Ke$ha “Animal” (2010)

Kiedy na scenie muzycznej pojawiła się Ke$ha myślałam, że będzie kolejna gwiazdą jednego przeboju. A tu niespodzianka. Z niedawno wydanego albumu “Animal” wydała już 4 single. Czego możemy spodziewać się po tej płycie? Ke$ha nagrała album w stylu dancepop i electropop. Gdzieniegdzie inspiruje się hip hopem (“Tik Tok”, “D.I.N.O.S.A.U.R.”). Płyta idealnie nadaje się na imprezę, bo przy takich utworach jak “Pary At The Rich Dude’s House”, “Your Love Is My Drug” czy “Take It Off” trudno usiedzieć na miejscu. Jednak znajdziemy i spokojniejsze utwory takie jak “Dancing With The Teraz In My Eyes” czy “Animal”. Ke$ha nagrała prawie idealny album, gdyby nie to, że szybko się nudzi. Piosenki są do siebie podobne. Plus za samodzielne napisanie tekstów, w których Ke$ha opowiedziała nam wiele o sobie. Żadnego lania wody.

#8 Miley Cyrus “Can’t Be Tamed” (2010)

Zanim Miley Cyrus wydała ten album, do podboju list przebojów ruszyły jej “koleżanki” – Selena Gomez (“Kiss & Tell”) i Demi Lovato (“Here We Go Again”). Jednak tą płytą zmiotła je obie. Jak na album gwiazdy Disney Channel wyszedł jej całkiem niezły ‘kąsek’. I konkretny. Piosenki są albo świetne albo beznadziejne. Bardzo nie podoba mi się “Scars”, “Take Me Along” i “Robot”. Jednak największego minusa dają piosence ‘Pernament December”. Początek bardzo przypomina mi “Tik Tok” Ke$hy. To strasznie nie znośne. Za to sam początek płyty jest na 6. “Liberty Walk” jest zdecydowanie najlepszą piosenką nagraną przez Miley. Piosenkarka nawet stara się w nim rapować. Dalej mamy taneczne “Who Owns My Heart”. Singlowa piosenka “Can’t Be tamed” również jest super. Na płycie znajdziemy też ballady. Najlepszą z nich jest “Stay” i “Every Rose Has It’s Thorn”. Podoba mi się tez to, że panna Cyrus przestała na siłę starać się robić rockową muzykę. Teraz jest przynajmniej autentyczna.