#87, 88, 89, 90, 91 Nelly Furtado “Loose” (2006) & Leona Lewis “Best Kept Secrets” (2009) & Madonna “Music” (2000) & LaFee “LaFee” (2006) & Britney Spears “In the Zone” (2003)

Płytę “Loose” Nelly Furtado wydała w 2006 roku. Skojarzyła mi się z solowym albumem Fergie pt. “The Dutchess”. Jednak to Nelly była pierwsza. W czym to podobieństwo? Odpowiednie słowo to różnorodność. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że na “Loose” składają się podobne do siebie utwory. Przy bliższym poznaniu widzimy, że nie do końca są identyczne. Mamy tu dance-popowe “Maneater” i “Do It”, całkiem spokojne, rhythm & bluesowe “Promiscuous” i “Say It Right”,  hip hopowe “No Hay Igual”, robiące ukłon w stronę muzyki latynoskiej “Te Busque”, akustyczne “In God’s Hands” czy w końcu mieszankę popu i r&b w pięknym, łagodnym “All Good Things (Come to an End)”. Bez wątpienia jest to najbardziej komercyjna płyta Nelly Furtado. Nad większością utworów czuwał Timbaland. Efekty jego pracy? Są nimi zarówno dobre utwory, jak i piosenki, których nie zaliczyłabym do najlepszych nawet gdyby mnie torturowali. Uwielbiam chociażby “Say It Right” czy “All Good Things (Come to an End)”, nie trawię “No Hay Igual” czy “Do It”. Wiele dobrego słyszałam o balladzie “In God’s Hands”, jednak ja się zawiodłam. Piosenka na pewno jest piękna, ale wykonanie Nelly jest straszne. Jej głos nie pasuje mi do tego typu utworów. Jednak już w “Showtime” wypada dobrze. Zaskoczył mnie ten utwór, bo spodziewałam się tu kolejnego tanecznego numeru. A dostajemy spokojną piosenkę. Przekonałam się do “Say It Right”. Kiedyś wręcz nie cierpiałam tej piosenki. Teraz spojrzałam na nią w nowym świetle i zobaczyłam, że to naprawdę dobry numer. Niby spokojny, ale zadziorny. Podsumowując, płyta “Loose” podoba mi się w połowie. Znalazłam na niej kilka ‘perełek’, do których będę często wracać. Ale z drugiej strony są tu utwory, które mi się nie podobają.

Zanim Leona Lewis stała się sławna dzięki show “The X-Factor” napisała i nagrała kilka piosenek. Jeśli macie już za sobą “Spirit” czy “Echo”, “Best Kept Secret” może was zaskoczyć. Ja postanowiłam przesłuchać tą płytę zanim naskrobię ocenę “Spirit”. Zastanawiam się, która Leona jest tą prawdziwą, autentyczną. Obstawiam jednak, że ta, którą słyszymy na ‘demówce’, na “Best Kept Secret”. Otrzymujemy tutaj muzykę w 100% taneczną (“Joy”, “Ready to Get Down”), ale czasami pojawia się i r&b (“L.O.V.E U”). Lubię taką muzykę, jednak w wersji Leony mnie ona nie przekonuje. Muzyka taneczna powinna być przyjemna, lekka. W wykonaniu Leony jest tak lekka, że aż ulotna. Mimo, iż słuchałam tej płyty z cztery czy pięć razy nie zanucę wam żadnego fragmentu. Znów muszę korzystać z robionych podczas przesłuchiwania notatek. W trzech utworach Leonę wspomagają inni artyści. W “Dip Down” usłyszymy Loot. Nie pomaga jednak tej piosence. W rozlazłym “Private Party” pojawia się Robert Allen (uczestnik X-Factor, grupa 25 lat). Jego dojrzały głos ciekawie współgra z delikatnym wokalem Leony. Ostatnim duetem jest nieco zadziorne “Bad Boy” z K2 Family. Jedyną balladą, którą Leona umieściła na płycie jest “I Wanna Be That Girl”. Szczerze? Jedna z najgorszych ‘Leonowych’ ballad, jakie znam. Lewis ma dobry głos, ale na “Best Kept Secret” tego zupełnie nie słychać. Te utwory mogłaby i Britney Spears nagrać i efekt byłby ten sam. Jednak dziękuję jej za tą płytkę demo. O wiele bardziej doceniłam “Spirit”.

Na początku chciałabym się do czegoś przyznać. Postanowiłam ocenić wszystkie studyjne płyty Madonny. Wpadłam na ten pomysł, gdy zaczęło boleć mnie czoło od pukania się w nie za każdym razem, kiedy czytałam, że “GaGa jest królową pop”. Płyta “Music” została wydana w 2000 roku. Muzyka elektroniczna nie była wtedy tak powszechna jak dzisiaj, więc płyta robi jeszcze większe wrażenie. Za pierwszym przesłuchaniem byłam skłonna wystawić “Music” ocenę między 2 a 3. Mylne pierwsze wrażenie. ‘Otworzyłam’ swoje uszy i inaczej spojrzałam na piosenki. Album otwiera tytułowy numer “Music”. Spora dawka elektroniki, rytm właściwie dla wszystkich a do tego świetny wokal Madonny i tekst, który do najmądrzejszych nie należy, ale przytoczyć można jeden cytat Music makes the people come together(PL: Muzyka sprawia, że ludzie się schodzą). Nie myślcie jednak, że są tu tylko taneczne kawałki. Obok dobrych, elektrycznych utworów, do których należy m.in. “Runaway Lover” czy “Impressive Instant”, znajdziemy spokojne piosenki. Madonna udowadnia, że dobrze idzie jej i w nastrojowych, melancholijnych utworach (“I Deserve It”, “Nobody’s Perfect”). Z takich numerów uwielbiam chociażby “Paradise (Not For Me)”. Bardzo zmysłowy utwór. Madonna śpiewa w nim zarówno po angielsku jak i francusku. Niesamowicie oba języki się dopełniają. Podoba mi się również “Don’t Tell Me”. Nieco zawiodłam się na “Nobody’s Perfect”. Piosenka trwa prawie 5 minut. Jest zdecydowanie za długa, ma się jej dość w połowie. I do tego ta ‘syrena’ wyjąca w środku utworu. Na deser polecam popowe, lekkie “American Pie”. Płyta “Music” różni się od tego, co Madonna zaserwowała nam na świetnym “Ray Of Light”. Mimo wszystko warto posłuchać.

Swój debiutancki album, wydany w 2006 roku, LaFee zatytułowała po prostu “LaFee”. Wcześniej znałam single. Od nich również zaczęłam zapoznawanie się z tą płytą. Może obiło wam się o uszy nagranie “Virus”. Zaczyna się spokojnie, powili jednak dochodzą ostrzejsze dźwięki. Bardzo podoba mi się refren, w którym LaFee śpiewa m.in.Ich wünsch dir einen Virus (PL: Życzę ci wirusa). Nieco gorsze jest buntownicze “Prinzesschen”. Chociaż podobają mi się gitarowe momenty. “Was Ist Das” jest chyba najradośniejszą piosenką z całej płyty. Zwrotki bardzo mi się podobają, refren mnie męczy. Na deser zostawiłam sobie singiel “Mitternacht”. Już po samym tytule można się domyśleć, że jest to mroczny kawałek (Mitternacht = północ). Zalatuje mi nieco “Haunted” Evanescence. Tam również zwrotki są bardzo tajemnicze, a refren energiczny. Wprawdzie Amy Lee ma lepszy głos, LaFee jakoś daje sobie radę. Wróćmy jednak do pozostałych utworów na “LaFee”. Uwielbiam balladę “Wo Bist Du (Mama)”. Piękna muzyka, łagodny, pełen emocji głos wokalistki no i tekst prosto z serca:  Mama – Wo bist du jetzt Mama – Warum bist du nicht hier Bei mir Mama wo bist du Bitte sag mir geht’s dir gut Es tut so weh hörst mir zu Mama wo bist du (PL: Mamo, gdzie teraz jesteś? Mamo, dlaczego nie ma cię tutaj Przy mnie… Mamo, gdzie jesteś? Proszę powiedz mi, czy idzie ci dobrze? To boli, słyszysz mnie? Mamo, gdzie jesteś?). Podoba mi się też “Sterben Für Dich”. Jest to ballada opowiadająca o miłości. LaFee śpiewa m.in. Ich würde sterben für dich (PL: Mogłabym umrzeć dla ciebie). Uwielbiam również rockowy utwór “Lass Mich Frei”. Tekst utworu jest z pewnością bliski nastolatkom 😉 Ich weiß du liebst mich, doch du verstehst nicht. Mein Leben ist mein Leben(PL: Wiem, że mnie kochasz. Jednak ty nie rozumiesz. Moje życie jest moim życiem). Strasznie podoba mi się moment, w którym ukazana jest rozmowa (a może raczej sprzeczka) LaFee z jakimś facetem, który chyba odgrywał jej ojca. I ten krzyk wokalistki na końcu, świetne. To może teraz nieco negatywne opinie. Nie przekonuje mnie “Verboten” i “Halt Mich”. Znikają na tle innych utworów. Ogółem płytę “LaFee” oceniam pozytywnie. Warto posłuchać. Wiem, że Polacy wypinają się na język niemiecki, ale ja się cieszę, że właśnie w tym języku śpiewa LaFee. Dzięki temu piosenki mają pazur i ten niesamowity charakter.

“In The Zone” jest czwartym z kolei krążkiem Britney Spears. Naprawdę musieliśmy tyle czekać? Nie tyle na sam album (poprzednia płyta “Britney” ukazała się w 2001 roku), co na choćby najmniejszą muzyczną przemianę Spears. Wokalistka wreszcie odcięła się od pospolitych, popowych piosenek i ckliwych ballad (namiastkę ‘starej’ Britney znajdziemy tylko w elektrycznej balladzie “Shadow”). W zamian otrzymujemy porcję mocnych, popowych utworów połączonych z r&b (“Outrageous”) a nawet rapem (“I Got That Boom Boom”, “The Hook Up”). W “Early Morning” nawet sama wokalistka posuwa się do rymowania. Oprócz wcześniej wymienionych gatunków na “In The Zone” spotkamy się ze sporą dawką elektroniki. Można się tego obawiać, ale na tym krążku zastosowana została w przemyślany sposób. Najbardziej ‘electro’ utworem jest singlowe “Toxic”. Była to chyba druga piosenka Britney, jaką poznałam. Uwielbiam ją już od kilku lat. Warto dodać, że za ten numer Britney otrzymała jedyną w swojej karierze nagrodę Grammy. Znajdziemy tu i elektryczne ballady. Należy do nich “Breathe On Me” (nie przepadam za nią) oraz “Touch Of My Hand”. Największym zaskoczeniem jest jednak utwór (ballada) “Everytime”. Britney ma w nim bardzo delikatny głos, momentami można odnieść wrażenie, że powstrzymuje łzy. Najciekawszym numerem jest jak dla mnie “Me Against The Music”. Britney wykonuje ją w duecie z Madonną. Dwie wielkie gwiazdy razem? To musiało się tak skończyć po tym pocałunku na gali MTV. Nieco hip hopowa, nieco popowa piosenka bardzo mi się podoba, chociaż jeszcze trzy miesiące temu dałabym najgorszych. Wprawdzie Madonna bardziej przypadła mi do gustu w tej piosence, Brit na szczęście nie pozostaje w tyle. Ciekawym utworem jest również “Showdown”. Można wychwycić w nim rytmy reggae. Jestem pozytywnie zaskoczona “In The Zone”. Będę na pewno od czasu do czasu do niej wracać.

#80, 81, 82 Amy Winehouse “Frank” (2003) & Kate Ryan “Different” (2002) & P!nk “Greatest Hits… So Far!!!” (2010)

Debiutancki album Amy Winehouse pt. “Frank” poznałam już po zakochaniu się w “Back To Black”. Druga płyta ma charakter. Trudno ‘oderwać’ od niej uszy. Właśnie tego na “Franku” mi brakuje. Raz na jakiś czas posłuchać można, za szybko się nudzi. Nie można jednak odmówić Amy ilości pracy, jaką włożyła w ten krążek. Jest autorka większości tekstów. W kilku zagrała nawet na gitarze. Może to i ona ‘dłubała’ przy albumie pod względem umieszczania piosenek? Płytę kupiłam dawno temu i przez pewien czas nie mogłam się połapać, jak rozmieszczone są utwory. Pod jednym numerkiem kryją się często dwa numery. Np. razem z “You Sent Me Flying” otrzymujemy “Cherry”; razem z “Intro” “Stronger Than Me”. Jednak dopiero kilka dni temu odkryłam, że po piosence “Amy Amy Amy” i “Outro” (połączone) znajdziemy jeszcze dwa utwory! “Moody’s Mood For Love” i “Know You Now” zaliczyłabym do najlepszych. I po co je było ukrywać? Amy jak wiemy ma oryginalną barwę głosu. Niektórzy to lubią, inni nie. Ja zaliczam się do tych pierwszych. Jest również zdecydowana w sprawie tego, jakie gatunki chce grać. Znajdziemy tu więc jazz zgrabnie połączony z r&b czy soulem. Zauważyłam też, że niektóre piosenki sprawiają wrażenie, jakby Amy wymyślała je w chwili nagrywania. Nie, nie są złe, ale w utworach takich jak “Cherry” czy “I Heard Love Is Blind” ciężko wyodrębnić pierwszą zwrotkę, czy chociażby refren. Ciekawy zabieg. Oprócz tych wymienionych wcześniej piosenek, które Amy nam zręcznie ukryła, podoba mi się “Amy Amy Amy”, zadziorne “In My Bed” oraz spokojne “Take a Box”. Nie mogę przekonać się do “Help Yourself” i znikającego pomiędzy innymi nagraniami “October Song”. Jak na debiut całkiem nieźle. Jednak ja częściej będę powracać do “Back To Black”.

Swoją kerrię postanowiła podsumować P!nk. Artystka pierwszy album wydała w 2000 roku a piąty już krążek – “Funhouse” – w 2008. Nie jest zwyczajną piosenkarką. Nie przejmuje się swoim wyglądem, śpiewa co chce i dobrze na tym wychodzi. Jednak po przesłuchaniu “Greates Hits…So Far!!!” mogłabym podzielić go na dwie części. W pierwszej znalazłyby się piosenki z 3 pierwszych albumów. Od “Get The Party Stared” do “Trouble”. Czyli 6 utworów. Jest to zdecydowanie ta lepsza część. Piosenki są oryginalniejsze, sporo tu r&b (“Get The Party Started” (połączonego z dance); “There You Go”). No i mój numer jeden z singli P!nk – “Family Portrait”. Ma świetną melodię. I niezły tekst opowiadający historię dysfunkcyjnej rodziny. P!nk śpiewa o bólu związanym z rozwodem rodziców, ciągłych awanturach. Z piosenek pochodzących z “I’m Not Dead” oraz “Funhouse” tylko kilka mi się spodobało. Przede wszystkim “Stupid Girls”. Nie tyle za muzykę, co za przekaz. Piosenka opowiada o dziewczynach, które co tu dużo mówiąc, są po prostu głupie. Takie ‘plastiki’. Uwielbiam balladę “Dear Mr. President”. Piękna melodia, głos Pink bardzo spokojny, ale pełen emocji. Przychylnie patrzę też na szalone “Funhouse”. Słuchanie pozostałych piosenek nie sprawiło mi takiej przyjemności jak wyżej wymienionych. “Please Don’t Leave Me” bardzo się dłuży, “So What” nigdy mi się nie podobało. Kiepskie wrażenie jednak zrobiły na mnie trzy nowe utwory. Nie zachwycam się “Fuckin’ Perfect”. Jak dla mnie piosenka jest przeciętna. Pozostałe dwie (“Raise Your Glass” i “Heartbreak Down”) są bez polotu. Składanka największych hitów P!nk zachęciła mnie do sięgnięcia po jej starsze albumy. Niedługo postaram się zrecenzować i “Funhouse”, może piosenki, które nie zostały singlami bardziej mi się spodobają.

Do Kate Ryan mam ogromny sentyment. Była to pierwsza piosenkarka, którą fanką zostałam. Śledziłam jej karierę, kupowałam płyty. Mam nawet “Free” z 2008 roku, ale to bardziej z ciekawości. Przeszło mi po prostu. Postanowiłam jednak zrecenzować jej dyskografię. Zaczynam od debiutu – płyty “Different”. Znajdziemy tu przede wszystkim popowe i dance popowe utwory. Przy piosenkach takich jak “Libertine” czy “Got To Move On” nogi same rwą się do tańca. Na dłuższą metę jednak nie ma tu typowych tanecznych numerów. W większości są to utwory tylko podszyte dyskotekowym bitem. I to mi nieco przeszkadza. Prawie każda z piosenek ma swój bit, który przewija się przez cały utwór. I tak dobrze, że cała płyta nie jest oparta na jednej melodii. Podoba mi się to, że Kate zdecydowała się śpiewać nie tylko po angielsku, ale i po francusku. Chociaż sama nic z tego języka nie kumam (uczę się niemieckiego) podobają mi się ‘francuskie’ momenty. Pamiętam, jak kiedyś szalałam za “Desenchantee” czy “Libertine”. Teraz wybieram raczej “Mon ceur resiste encore” lub “Ne Baisse Pas La Tete”. Najbardziej jednak podoba mi się “Head Down” (jego odpowiednik – “Nos Regards Qui m’Eflamment”). Szczególnie moment, gdzie Kate ma zmodyfikowany głos. Polubiłam “Magical Love”. Jest to ballada o łagodnej melodii. Pięknie wyeksponowany jest głos Kate. Nieco mniej podoba mi się “UR (My Love)”, które jest trochę nijakie oraz skoczne “Libertine”. Ciężko znaleźć na “Different” utwory, które bez chwili zastanowienia można by dać do najgorszych lub najlepszych. Do płyty trzeba się po prostu przekonać.

#76 Avril Lavigne “Goodbye Lullaby” (2011)

Nigdy nie należałam do grona fanów Avril Lavigne. A nawet jeśli na chwilę wstąpiłam, to “Goodbye Lullaby” sprowadził mnie natychmiast na ziemię. Na pierwszy rzut oka widać, że Avril zdecydowanie odcięła się od młodzieżowej, pop punkowej stylistyki, którą zjednała sobie ludzi. Okładka płyty jest cudowna. Od razu widzimy, że porzuciła imprezową muzykę prezentowaną 4 lata temu na “The Best Damn Thing”. Czyżby się wyszumiała? Stylistyka krążka jest delikatna, balladowa. Piosenki w dużej mierze opowiadają o miłości, bo wszyscy pamiętamy jej rozwód z mężem. Nic nie mam przeciwko balladom. Te w wykonaniu Mariah Carey, Duffy czy Christiny Aguilery chwytają za serce. I właśnie temu, że na “Goodbye Lullaby” dominują spokojne utwory, przypisuję słabe wrażenie, jakie Avril na mnie zrobiła. Tylko “Everybodys Hurts” zaliczyłabym do tych znośnych, łagodnych numerów. “I Love You”, “Not Enough” czy “4 Real” są moim zdaniem okropne. Nie przebijają jednak “Goodbye”. Spodziewałam się czegoś fajnego po tym utworze, ale się zawiodłam. Bardzo nie podoba mi się głos Avril w niektórych momentach tej piosenki. Nawet nie chce mi się wspominać, że na początku o mały włos a wzięłabym “Goodbye” za kontynuację “Black Star”. A jak już jesteśmy przy tej piosence, która otwiera album – lepiej wypadłaby, gdyby umieścić instrumentalną wersję, bez wokalu Avril. Sama melodia jest cudowna. Mogłabym dać szanse akustycznej piosence “Darlin”, ale refren zatarł dobre wrażenie. Na całym “Goodbye Lullaby” pozytywne wrażenie oprócz wspomnianego wcześniej “Everybody hurts” robi na mnie “Smile” i “Alice”. Ten pierwszy jest obok “What The Hell” najbardziej żywym utworem. Przypomina mi czasu “The Best Damn Thing”. Natomiast “Alice” podobała mi się od zawsze. Niezwykle tajemniczy numer. Szansę można byłoby dać każdej piosence zawartej na tym krążku. Razi mnie jednak to, że w większości są to piosenki bez wyrazu. Zero emocji. Nie znam perfect angielskiego i podczas słuchania nie zawsze rozumiałam o czym Lavigne śpiewa. Nie wiedziałam, czy spokojna piosenka ma sprawić, że się uśmiechnę, czy wprowadzić mnie od refleksyjnego nastroju aż po łzy. Denerwowało mnie też to, że po przesłuchaniu jednej piosenki nie pamiętałam poprzedniej. Cóż, mogło być lepiej. 4 lata to sporo, by zgromadzić ciekawy materiał.

#74, 75 Duffy “Endlessly” (2010) & Avril Lavigne “Under My Skin” (2004)

Jej debiutancki krążek jest albumem genialnym. To od “Rockferry” Duffy pochodzi adres mojego bloga. Nie wyobrażam sobie jednak, by zmienić go (adres bloga) po przesłuchaniu “Endlessly”. Już sama okładka daje nam do zrozumienia, że to ‘inna’ Duffy. Na poprzedniej była smutna, zamyślona, czarno-biała. Tu – radosna, kolorowa. Jestem jej fanką od usłyszenia “Warwick Avenue” i z niecierpliwością czekałam na nowy krążek. Mniej tu niestety piosenek, które w 100% pasowałyby do Duffy. Materiał na “Rockferry” idealnie odkrywał atuty jej głosu, bądź co bądź bardzo charakterystycznego. Na “Endlessly” w niektórych piosenkach brzmi jak dziecko. Jeśli chodzi o gatunki, Duffy skierowała swoją karierę na popowe brzmienia, połączone całkiem zgrabnie z r&b i soulem. Za stronę muzyczną odpowiadali panowie z hip hopowego zespołu The Roots. Na 10 piosenek, 5 z nich to potencjalne, taneczne utwory. Niektóre wyszły naprawdę fajnie (“Well Well Well”, “Lovestruck”, “Keeping’ My Baby”), inne jak np. “My Boy” czy “Girl” zaliczyłabym do najgorszych. Miałam nadzieję, że może w spokojnych piosenkach usłyszę nawiązanie do “Rockferry”. Podobny, świetny klimat poczułam tylko w dwóch numerach: “Endlessly” i “Too Hurt To Dance”. No i w niektórych momentach “Hard For The Heart”. Podoba mi się jednak to, że Duffy miała spory wpływ na album. Nie było to tak, że kazali jej nagrać takie coś. Jest współautorką wszystkich utworów na “Endlessly”. Spodobał mi się np. tekst do “Don’t Forsake Me”,który opowiada o utraconej miłości. Duffy śpiewa m.in.You’re just another soul that I’m making disappear (PL: Jesteś tylko kolejną duszą, której pozwalam zniknąć). Jednak nawet najlepszy tekst da się zniszczyć kiepską muzyką. Spodziewałam się po Duffy czegoś lepszego. Nie ma tu perełek na miarę “Syrup & Honey” czy “Warwick Avenue”.

“Under My Skin” to płyta wydana między nie bardzo zapadającym w pamięć “Let Go” a przekreślającym rockową naturę Avril “The Best Damn Thing”. Moim zdaniem – jej najlepsza płyta. Nie jest za buntowniczo, chłopięco. Avril nieco dojrzała. Nawet na niektórych zdjęciach w książeczce ma na sobie spódniczkę. (tak nawiasem mówiąc – bardzo ładną ;)). Mimo wszystko jej nieco ostrzej, mroczniej niż na debiucie. Podoba mi się młodzieńczy pop rock zawarty tutaj. Coś o piosenkach? Moim numerem jeden jest przejmujące “Nobody’s Home”. Warto przytoczyć refren: She wants to go home, and nobody’s home. Its Where she lies, broken inside. With no place to go, no place to go to dry her eyes. Broken inside. (PL: Ona chce do domu, nikogo nie ma w domu. Właśnie tam leży, złamana w środku. Nie mając gdzie pójść, nie ma dokąd pójść, by wytrzeć łzy. Złamana w środku.). Hmmm, prawdziwe, szczere. Każdy z nas miał chyba moment, w którym czuł się opuszczony i nie rozumiany przez nikogo. Podobają mi się również “Take Me Away”, “Together” i nieco radośniejsze “Fall To Pieces”. Fanów spokojnych, balladowych klimatów zaciekawi “Slipped Away”. Jest to utwór, który Avril napisała dla zmarłego dziadka. Tekst może i jest trochę banalny np. I miss you, miss you so bad I don’t forget you, oh it’s so sad (PL: Tęsknie za Tobą, tak bardzo za Tobą tęsknie. Nie zapomnę o Tobię, to takie smutne.), ale liczą się prawdziwe emocje, które przekazuje nam wokalistka. Widać, że jej z tą stratą ciężko. Ciężko wskazać utwór, który nie przypadł mi do gustu. Nie zachwyciła mnie piosenka “He Wasn’t”. Jedyne co mi się w niej podoba to dwa wersy jakby wyjęte z mojego życia: What happened to my Saturday? Mondays coming the day I hate (PL: Co stało się z moją sobotą? Nadchodzi poniedziałek, dzień, którego nienawidzę). Taak, wszyscy kochamy weekendy. Jedyne co mi przeszkadza, to przewijający się w wielu utworach tekst “ah ah ah ah…” lub pokrewne ‘sylaby’. Ogółem jednak jestem mile zaskoczona. Bardzo dobry album.

#71, 72, 73 Jennifer Lopez “On the 6” (1999) & Paramore “Riot!” (2007) & Shakira “Laundry Service” (2001)

“On The 6” jest debiutanckim albumem początkującej (wówczas) aktorki Jennifer Lopez. Tytuł płyty nawiązuje do jej młodości. Tytułowa 6 to numer linii metra, którą J.Lo podróżowała z Bronxu do Manhattanu. Spodziewałabym się nawiązań do muzyki hip hop, ale jej namiastkę znajdziemy tylko w “Feelin’ So Good”. Zdecydowanie nie jest to mój ulubiony numer na tej płycie. Wkurza mnie przewijający się ten sam taneczny bit. Cały album można podzielić na dwie części. Z jednej strony Jennifer porywa nas do tańca za pomocą takich hitów jak singlowy “If You Had My Love”, zawierający w sobie wpływy r&b; równie fajnym “Open Off My Love” czy dyskotekowym “Una Noche Mas”. Z drugiej strony częstuje nas balladami. Moją ulubioną jest “Should’ ve Never”. Delikatny wokal Jennifer i dźwięki gitary stwarzają wspaniały klimat. Nawet nie przeszkadza mi w niej to, że trwa ponad 6 minut. Inne ballady z tego krążka nie zrobiły na mnie takiego wrażenia, jak wcześniej wspomniana. “Promise Me You’ll Try” najzwyklej na świecie znika w tłumie innych utworów, “Talk About Us” ma dobry refren, cover piosenki Diany Ross pt. “Theme from Mahogany (Do You Know Where You’re Going To) brzmi nie najgorzej, “Could This Be Love”jest subtelnym utworem. Jennifer wielokrotnie podkreśla swoje latynoskie korzenie, mimo iż niewiele piosenek na “On The 6” śpiewanych jest po hiszpańsku. Jednak wyczuwa się tego ‘latynoskiego ducha’. Ciekawym pomysłem jest umieszczenie na płycie dwóch rożnych wersji duetu J.Lo z Marcem Anthonym pt. “No Me Ames”. Swoją drogą, ciekawe czy Jennifer już wtedy przeczuwała, że zostanie żoną Marca. Wróćmy jednak do piosenki. Bardziej przypadła mi do gustu balladowa wersja. Tropikalny remix utworu, choć hawajskie dźwięki są super ;), nie zdał testu. Wokale J.lo i Anthony’ego po prostu nie pasują do tanecznej wersji. Uważam jednak, że jako całość “On The 6” prezentuje się dobrze.

Jak już pisałam w recenzji “Brand New Eyes”nie mogę uwierzyć, że o tym zespole stało się głośno dopiero na moment przed wydaniem trzeciego krążka. Ten – “Riot!” – bardziej mi się podoba. Jest to niezbyt komercyjna płyta, pełna rockowego, pop punkowego grania. Nie bez przyczyny album nosi tytuł “Riot!” (PL: bunt). Hayley buntuje się przeciw słodkim, popowym pioseneczkom. Nie wyobrażam jej sobie w tanecznych numerach. Takowych tu nie znajdziemy ale nie znaczy to, że mamy do czynienia z jakąś smętną płytą. Sporo tu piosenek o niezwykłej mocy. “Misery Business”, “Crushcrushcrush” czy “Fences” od zawsze mi się podobały. Do spokojniejszych, ale wciąż okraszonych gitarowym graniem, numerów można zaliczyć “When It Rains” oraz “We Are Broken”. Mi do gustu bardziej przypadł…no właśnie, oba są warte uwagi. “When It Rains” ma niesamowity początek. “We Are Broken” zaczarował mnie zwrotkami. Z piosenek zawartych na “Riot!” nie przekujuje mnie “That’s What You Get” oraz “For a Pessimist I’m Pretty Optimistic”. Warto wspomnieć jeszcze o “Born For This”, gdzie występuje naprawdę dobry hmm, chórek? Tak, tak to nazwę. I jeszcze słówko na koniec. Piosenki nie zapadają szybko w pamięć, trzeba przesłuchać album kilka razy by zacząć kojarzyć, ale słuchanie go to przyjemność.


“Laundry Service” był pierwszym anglojęzycznym albumem Shakiry. Kiedyś z pewnością nie zrobiłby na mnie takiego wrażenia. Jednak w zeszłym roku, dzięki “Waka waka” przekonałam się do Shakiry. I dobrze zrobiłam. Z tej płyty kojarzyłam tylko single. Jednak zakup “Laundry Service” był dobrą decyzją.  Shakira nie zawodzi. Udowadnia, że ma naprawdę dobry głos, chociaż przyznam, że w kompozycjach takich jak “Rules” czy “Ready For The Good Times” zdarza jej się wydać z siebie dość koszmarne dźwięki. Od Shakiry dostajemy sporą dawkę energetycznych utworów, przy których nogi same rwą się do tańca. Nie są to jednak płytkie numery. Memy tu “Objection (Tango)”, który zawiera w sobie wpływy muzyki latino, nieco dyskotekowe “Ready For The Good Times” czy w końcu hit “Whenever Whenever”. Ten ostatni utwór przekonał mnie do siebie w hiszpańskojęzycznej wersji, którą również znajdziemy na krążku (“Suerte”). Jednak najlepiej Shakirze wychodzą piosenki łączące w sobie pop rock (“The One”), soft rock (“Underneath Your Clothes”) oraz rock en español (“Te Dejo Madrit”, “Que Me Quades Tú”). To właśnie odróżnia Shakirę od wielu innych latynoskich artystów. Na pewno nie można postawić jej obok Ricky’ego Martina czy Jennifer Lopez. Shakira ma pazur. Najwieksze wrażenie na “Laundry Service” zrobiła na mnie wspomniana wcześniej soft rockowa, nieco nietypowa ballada “Underneath Your Clothes”. Uwielbiam moment, gdy Shakira śpiewa You’re a song Written by the hands of god (PL: Jesteś piosenką pisaną rękami Boga). Strasznie podoba mi się “Eyes Like Yours”. Szalona, szybka kompozycja z ciekawym chórkiem. Co tu jeszcze dodać? Powoli zapoznaję się z dyskografią Shakiry. Wiele osób mi mówiło, że ten album jest znacznie gorszy od poprzedników. Na mnie zrobił dobre wrażenie i z pewnością często do niego wrócę.

#69, 70 Miley Cyrus “Breakout” (2008) & Kelly Clarkson “Breakaway” (2004)

Przyznaję się bez bicia – oglądałam Hannah Montana. I doceniam ten album bardziej. na ekranie Miley jest słodka, bardzo dziewczęca. Na “Breakout” pokazuje pazur. Cieszę się, że zdecydowała się na nagranie płyty, do której nie musiałaby wkładać blond peruki. Miley jest nastolatką. I to na tym albumie słychać. Nie sili się na nie wiadomo jakie mądrości w piosenkach. Śpiewa o tym, co jest dla niej ważne. Utwór “7 Things” opowiada o byłym chłopaku. Tytułowe “7 rzeczy” odnosi się do tego, czego ona w nim nienawidzi. W coverze piosenki Cindy Lauper “Girl Just Wanna Have Fun” w zabawny sposób śpiewa o wracaniu do domu nad ranem itp. W “Wake Up America” nawołuje do troszczenia się o naszą planetę. W niektórych numerach Cyrus jest wesoła, rockowa (“Fly On The Wall”, “Breakout”, “See You Again”) w innych odsłania przed słuchaczami swoja wrażliwszą naturę. Strasznie podoba mi się ballada “Bottom Of The Ocean” opowiadająca o nieszczęśliwej miłości. Mimo upływu lat moim numerem jeden z tego albumu jest “Fly On The Wall”. Łatwo wpada w ucho, ma świetną melodię i zabawnym tekstem, w którym Miley zadaje pytanie: Don’t you wish that you could be a fly on the wall A creepy little sneaky little fly on the wall (PL: Czyż nie chciałbyś być muchą na ścianie Przerażająco małą,podstępnie małą muchą na ścianie). “Breakout” nie jest wybitnym krążkiem. Pozwala jednak odetchnąć od Hanny Montany i spojrzeć na Miley z nieco innej strony. Tym bardziej, że jest to jej najbardziej rockowy album.

 

“Breakaway” to drugi album zwyciężczyni “Idola” (wersja USA) – Kelly Clarkson. Zanim nie przesłuchałam, kojarzyłam single. Oczywiście te wydane w Polsce, ale to szczegół. Od zawsze podobały mi się dwie jej piosenki. Należy do nich ballada “Because of You” opowiadająca o problemach rodzinnych, braku zaufania do drugiej osoby. Kelly śpiewa I was so young You should have known better than to lean on me You never thought of anyone else You just saw your pain (PL: Byłam taka młoda, Powinieneś mieć więcej rozumu niż opierać się na mnie. Nigdy nie myślałeś o nikim innym, Widziałeś tylko swój ból.). Drugim numerem jest rockowe “Behind These Hazel Eyes”. W niektórych momentach wokal Kelly brzmi naprawdę niesamowicie. Po przesłuchaniu płyty pokochałam utwór “Addicted”. Kelly śpiewa w nim, jak bardzo jest zakochana. Porównuje chłopaka do narkotyku, pijawki wysysającej z niej życie. Podoba mi się to, że temat utworu przywodzi na myśl radosny utwór (jak było np. w “Lovin’ Me 4 Me” Christiny Aguilery) a w rzeczywistości jest inaczej. Kiedy słuchałam “Addicted” czułam jak przechodzą mnie dreszcze 😉 Plus za Clarkson. Co z resztą? Przemknęła gdzieś z boku. Nie mówię, że pozostałe piosenki są złe. Osobno słucha się ich przyjemnie, ale razem nieco nudzą. Kelly postawiła na popową i pop-rockową stylistykę. Czasem jest balladowo (“Where Is Your Heart”) czasem bardziej tanecznie (“Walk Away”, “Gone”).

 

#58, 59 Avril Lavigne “Let Go” (2002) & Gwen Stefani “Love. Angel. Music. Baby” (2004)

Pojawienie się w 2002 Avril Lavigne było zbawieniem dla zbuntowanych fanów muzyki. Była zupełnym przeciwieństwem królujących wówczas Britney Spears, Madonny i Christiny Aguilery, które nie ustałyby na desce ani minuty. A taka właśnie była Avril. Zbuntowana, chłopięca, uwielbiająca rockową muzykę. Taki też jest jej debiutancki album “Let Go”. Może bliżej mu do gatunku pop-rock, ale znakomicie przedstawia nam Avril jak spontaniczną, szczerą i utalentowaną wokalistkę. Chociaż z tym ostatnim bym nie przesadzała, bo przydałoby się jej wziąć kilka lekcji śpiewu. Szczególnie irytujące jest “je je je” w spokojnym “I’m With You” czy “Things I’ll Never Say”. Najbardziej popowym numerem jest singlowy “Sk8er Boy”. Utwór opowiada o dziewczynie (“She did ballet”) z zakochanym w nią chłopaku (“He was a punk”). Z miłości nic nie wyszło, ale my mamy całkiem niezły, energetyczny kawałek. Obok “I’m With You” Avril prezentuje nam też inne łagodne utwory. Dobre “Tomorrow”, nieco nudnawe “Naked” oraz ostrzejszą balladkę “Too Much Too Ask”. Trochę denerwujące jest, że wiele piosenek rozkręca się przy refrenie. Najlepszym przykładem jest “Mobile”. Początek fajnie wygląda w “Nobody’s Fool”, gdzie Lavigne próbuje rapować. Po przesłuchaniu “Let Go” w pamięci pozostało mi ostre “Unwanted”. Podoba mi się szczególnie, gdy wokalistka mocnym głosem śpiewa You don’t know me Don’t ignore me You don’t want me there You just shut me out (PL: Nie znasz mnie Nie ignoruj mnie Nie chcesz mnie tam Po prostu mnie przekreślasz). Bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie również piosenka “Losing Grip”, w której refrenie głos Avril brzmi super. Co by tu jeszcze napisać? Debiut całkiem udany. Plus dla artystki za to, że pozostała sobą. Jednak wielu piosenek po prostu nie pamiętam. Jednym uchem wlatują, drugim wylatują. Jednak warto sięgnąć po ten album.

W 2004 Gwen Stefani odłączyła się od kolegów z No Doubt i zaczęła nagrywać pod własnym nazwiskiem. 2 lata później ja taki krok zdecydowała się Fergie, ale jej muzyka nie wychodziła poza ramy tego, co grali Black Eyed Peas. Z Gwen było na odwrót. Z zespołem wykonywała głównie muzykę rockową a na “L.A.M.B.” mamy mieszankę popu, r&b, elektroniki. O tym, że jest to niezwykły album przekonałam się, kiedy po jednym przesłuchaniu pamiętałam większość utworów. Gwen ma niesamowitą wyobraźnię i dość specyficzny głos, który tylko podbija dobre wrażenie o piosenkach. “L.A.M.B.” (Love. Angel. Music. Baby.) otwiera utwór autorstwa Lindy Perry pt. “What You Waiting For?”. Nie dajcie się zwieść spokojnemu początkowi. Ten pop-rockowy, nieco elektryczny numer jest bardzo energetyczny. Perry wspomogła również Gwen w całkiem niezłym “Danger Zone” i “The Real Thing”. Żeby nie było tak za bardzo tanecznie Gwen umieściła tu dwie spokojniejsze piosenki. Należy do nich “Cool” opowiadające o skończonym związku piosenkarki, która pozostała z byłym w przyjaznych stosunkach oraz leniwe “Luxurious”, w którym spodobało mi się przede wszystkim zdanie Look I’m livin’ like a queen (PL: Spójrz, żyję jak królowa). Podoba mi się utwór “Rich Girl” z zapożyczonym z musicalu “Skrzypek na dachu” początku. Swoją hip hopową stronę Stefani pokazuje w “Hollaback Girl”. Nieco uliczny styl, trochę rapu. Twórcami kawałka są producenci z The Neptunes specjalizujący się właśnie w takich numerach. Jednak moim faworytem jest “Harajuku Girls”. Świetna, zakręcona melodia, wspaniały wokal Gwen i tekst, w którym artystka zachwyca się stylem japońskich dziewcząt. Dawno nie miałam w odtwarzaczu tak dobrej, popowej  płyty. Bez kiczu, tandety, banałów. To po prostu Gwen Stefani.

 

#57 Evanescence “The Open Door” (2006)

Ich pierwsza płyta pt. “Fallen” wbija w fotel. Po takim debiucie presja, by nagrać kolejny dobry album jest z pewnością ogromna. Można było mieć pewno wątpliwości co do jakości utworów po tym, jak zespołu odszedł Ben Moody – główny gitarzysta i kompozytor. Nie zmieniło się na szczęście jedno: nadal głosem (świetnym, wspaniałym, rozpoznawalnym) jest Amy Lee. Nie zmienił się również styl piosenek. Nadal są to ostre, rockowe ale jakże melodyjne numery. Nierzadko dodają do tego nieco gotyckiego grania.Początek płyty jest rewelacyjny. “Sweet Sacrifice” jest mocnym utworem. Ma naprawdę fajny początek. Dopiero później się rozkręca. Kolejny utwór – “Call Me When You’re Sober” tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że Amy ma jeden z najlepszych głosów w muzyce. Z numerem trzecim występuje “Weight of the World”. Mam wrażenie, że to jeden z najostrzejszych utworów Evanescence. Udany. No i jedna z moich ukochanych piosenek- “Lithium”. Jest to pierwsza od początku “The Open Door” spokojna piosenka. Może nie typu znanego “My Immortal”, nie tak spokojna. Ale tak samo wciągająca. Nie jest to smętna ballada, lecz piosenka posiadająca w sobie sporo mocy. Kiedy pierwszy raz słuchałam “The Open Door” właściwie tylko na te piosenki zwróciłam uwagę. Mój błąd. Przy każdym kolejnym przesłuchaniu kocham ten album bardziej. Muzyka zawarta na nim wielokrotnie mi pomogła. Jednym z ciekawszych numerów jest “Lacrymosa”, która zawiera w sobie zapożyczenia z “Lacrimosy” Mozarta. Na “The Open Door” jak i na “Fallen” znalazł się utwór napisany dla zmarłej siostry Amy. “Like You” jest przyjmującym, wzruszającym numerem. Czytając tłumaczenie nieraz ciarki przeszły mi po plecach. Wybrałam nawet kilka lepszych wersów: Lie cold in the ground like you (PL: Położona w ziemi, zimna jak ty); There’s room inside for two And I’m not grieving for you I’m coming for you (PL: Tam jest miejsce dla nas dwóch I nie opłakuję cię Idę po ciebie). Spotkałam się z komentarzami osób, które krytykowały ten album. Na jakiej podstawie? Ja mam dylemat, czy ten mi się bardziej podoba, czy “Fallen”. “The Open Door” brzmi dojrzalej. To zdecydowanie są drzwi warte otwarcia.


#47, 48, 49 Ciara “Basic Instinct” (2010) & Alicia Keys “The Diary Of…” (2003) & Ewa Farna “EWAkuacja” (2010)

Zaledwie w wakacje 2009 wydała świetną płytę “Fantasy Ride” a już otrzymujemy kolejny krążek. Niestety, gorszy od poprzedniego. Może to ta presja. Pierwszy się nie sprzedał to trzeba natychmiast szykować kolejny. Na “Basic Instinct” nadal króluje r&b i hip hop. Często pojawia się i electropop. Może rajd po piosenkach? Zaczyna się nieźle. Utwór tytułowy wita nas mocnym uderzeniem. Potem przechodzi do łagodniejszych dźwięków, ale mimo wszystko piosenkę zaliczyłabym do najlepszych. Dalej jest singiel – “Ride”. Jak dla mnie zbyt nijakie, nużące. Na płycie sporo spokojnych utworów. Całkiem niezłe “I Run It”, stylizowane na balladę “Speechless” (nieco wkurzające w refrenie) oraz “You Can Get It”. Najbardziej jednak podoba mi się “Gimmie Dat”. Mocny, taneczny utwór. Jednak cały album jest trochę nudny, za mało się dzieje. Jednak nadal Ciara pozostaje w czołówce moich ulubionych wokalistek.

 

Sam tytuł drugiej płyty Alicii Keys jest niezwykle ciekawy i intrygujący. Nigdy nie mieliście ochoty zajrzeć do czyjegoś pamiętnika? W swoim muzycznym pamiętniku artystka podzieliła się z nami najskrytszymi myślami. Zaczyna się naprawdę tajemniczo i nieco mrocznie – intro “Harlem’s Nocturne” godnie otwiera ten album i zachęca mnie do dalszego odkrywania duszy Alicii. Tym bardziej, że nawet miłosne piosenki w jej wykonaniu nie wychodzą kiczowato i ckliwie. Poprzedni, debiutancki album – “Songs in a Minor” – mnie zachwycił. Poprzeczkę Keys postawiła sobie niezwykle wysoko. Artystka ponownie postawiła na melodyjne soulowe kompozycje zagrane głównie przez samą Alicię na fortepianie. Album jest dojrzalszy niż poprzedni. Bardzo nastrojowy, klimatyczny. Nie ma tu różnych udziwnień. na przodzie jest głos Alicii. Artystka sprawdza się wspaniale zarówno w balladach (“Diary”, “You Don’t Know My Name”) jak i szybszych numerach (“If I Was Your Woman/Walk On By”, “Karma”).

Nigdy nie byłam wielką fanką twórczości Ewy. Znałam single. Jednak kiedy usłyszałam nowy utwór – “Ewakuacja” zatkało mnie. Dawno już nie słyszałam tak dobrej polskiej piosenki. Cholernie mi się podoba. Jest odpowiednio mocna, ma całkiem dobry tekst. Ewa świetnie wypadła w tym numerze. Dotychczas kojarzyłam ją głównie z singli, które szczerze mówiąc, nie zrobiły na mnie ogromnego wrażenia. Pomyślałam jednak, że warto przesłuchać pozostałe utwory na “EWAkuacji”. Trochę się jednak zawiodłam. Myślałam, że inne utwory są w podobnym klimacie co ten tytułowy. Jednak moja złość na Ewę szybko minęła. Cały album składa się z kilku dobrych piosenek. Wiele osób powinno przesłuchać “Maskę” i dokładnie przeanalizować jej tekst. Bardzo trafny. Spodobało mi się też zadziorne “Bez łez”. Nieco kiepskie wrażenie zrobiła na mnie spokojna piosenka “Król to ty”. Dedykowana jest Michael’owi Jacksonowi. Nie przypuszczałabym, że Ewa jest jego fanką. Bardziej dopasowywałabym do niej Dodę, Avril i GaGę. Oprócz wspomnianego wcześniej “Król to ty” znalazło się miejsce dla jeszcze jednej ballady pt. “Deszcz”. Zapomniałam wspomnieć o gatunkach. Przeważa tu pop-rock oraz pop z elementami electro. Słychać, że Ewa dojrzała. Będę trzymać za nią kciuki.

#41, 42, 43 Paramore “Brand New Eyes” (2009) & Kat DeLuna “9 Lives” (2007) & Black Eyed Peas “The E.N.D.” (2009)

Dla wielu musiało być szokiem, że zespół o którym w Polsce i wielu innych miejscach na świecie stało się głośno za sprawą takiego kiczowatego filmu jak “Zmierzch”, ma na koncie dwie płyty. W 2009 dołączyła do nich kolejna. Na “Brand New Eyes” nie mogło oczywiście zabraknąć “Decode”. Jest to mój ulubiony numer Paramore. Taki tajemniczy. Płyta daje niezłego kopa. Piosenki mają w sobie masę energii. Można było obawiać się, że złagodzą nieco swoją muzykę. Tak się na szczęście nie stało. Muzycy nadal szarpią struny gitary a wokalistka – Hayley Williams – zdziera sobie raz po raz struny głosowe.Momentami jednak dają wrażliwszemu słuchaczowi odpocząć serwując całkiem delikatne “The Only Exception” czy akustyczne “Misguided Ghosts”. Pozostałe utwory to w większości pop-rockowe i rockowe kompozycje. Te najbardziej ostre to “Careful”, “Ignorance” i “Feeling Sorry”.  Ten ostatni ma podobną melodię do “Looking Up”. Najbardziej popowym numerem jest chyba “Where The Lines Overlap”. Podsumowując, płyta na pewno spodoba się fanom bandu i zbuntowanym (?) nastolatkom.

Pamiętacie ją jeszcze? Tak, to właśnie ona jest autorką “Whine Up” czy “Run The Show”, które zdobyły niemałą popularność w 2007. “9 Lives” jest debiutem tej młodej, utalentowanej latynoskiej gwiazdki. Kat udało się zaprosić do współpracy popularnych wokalistów. Producentem krążka został RedOne. Często pojawia się Akon, Shaka Dee (“Run The Show”, “Be Remembered”) oraz Elephant Man (“Whine Up”). Płyta Kat z pewnością spodoba się osobom ceniącym hip hop, r&b oraz dancehall. Dzięki dodaniu elementów latino płyta niesamowicie sprawdza się na lato. Słychać, że Kat świetnie czuje się w takim a nie innym klimacie. Na “9 Lives” znalazły się piosenki taneczne (“I Am Dreaming”, “Feel What I Feel”) jak i ballady (“You Are Only mine”). Mnie jednak DeLuna przekonała za sprawą szybszych utworów.

W przypadku Black Eyed Peas tytuł “The E.N.D.” tłumaczony jest jako “The Energy Naver Dies” (Energia nie umiera nigdy). Energia może i nie, ale dobra muzyka tworzona lata temu przez ten zespół jak najbardziej. Z niezłego r&b i hip hopu przeszli w…electro. Nie żebym coś miała do muzyki elektronicznej. Jak jest ładnie podana, i to zniosę. Jednak w przypadku Black Eyed Peas, tego produktu (sorry, ale inaczej tego nazwać się nie da) słuchać jest ciężko. najsmutniejszy jest chyba fakt, że teraz największą ambicją zespołu jest wysoka sprzedaż i piosenki na szczytach list przebojów. Po drodze zagubili gdzieś dobrą muzykę. Zapomnieli chyba o swoich fanach. Ludziach, którzy kochali ich za ciekawe, hip hopowe piosenki. Mimo, iż do wielkich fanów Black Eyed Peas się nie zaliczam, łapię się za głowę, że można stworzyć coś tak pustego, skomercjalizowanego. Słowem – kiepskiego. Mogłabym ostatecznie dać szansę “Boom Boom Pow”, bo w refrenie jakoś daje radę, jednak całość mi się nie podoba. O “I Gotta Feeling” nawet nie wspomnę. Nie ma potrzeby pisać tu o każdym utworze osobno. “The E.N.D.” to to prostu elektrycznopopowa papka, zmixowana, przerobiona aż w końcu…nijaka.