TOP150: najlepsze piosenki 2017 roku (50-1)

50. The National Turtleneck

Tak brudnego, garażowego rocka The National nam jeszcze nie sprezentowali. Samego siebie w utworze przechodzi Berninger, którego wokal jest pełen złości, agresji, niezadowolenia. Jego wykonanie nie powinno dziwić. Piosenka, w której padają takie słowa jak just another man, in shitty suits, everybody’s cheering for, jest jego reakcją na wyniki wyborów prezydenckich w USA. Mimo politycznego wydźwięku, którego – szczerze mówiąc – mam już po dziurki w nosie, „Turtleneck” należy do moich ulubionych momentów płyty.

49. Dan Auerbach Cherrybomb

Sporo na drugim solowym albumie wokalisty znanego z The Black Keys wpadających w ucho piosenek. Pozazdrościć mu tego mógłby niejeden marzący o przebojach wykonawca. Moim ulubionym momentem płyty jest flirtujące z funkiem „Cherrybomb” o dziewczynie sweeter than an apple pie, która zniknęła z życia podmiotu lirycznego, gdy tylko skończyły mu się pieniądze.

48. Jessie Ware Stay Awake, Wait For Me

Na swoim trzecim studyjnym albumie („Glasshouse”) brytyjska wokalistka pokazała nam się z cieplejszej, jeszcze bardziej kobiecej strony. Idealnym tego przykładem jest pełna klasy, flirtująca z pościelowym r&b piosenka „Stay Awake, Wait For Me”.

47. Sevdaliza Do You Feel Real

Debiutancki longplay Sevdalizy to kopalnia równych, podobnych kompozycji, tworzących spójny, zimny muzyczny krajobraz. Z tego znakomitego zbioru wyróżnia się „Do You Feel Real”, które jest bardziej przerywnikiem niż całą kompozycją. Ale za to przecinkiem bardzo wyrazistytm, o gęstej, niepokojącej aranżacji i gadającej Sevdalizie. Welcoming my anxiety.

46. DJ Khaled x Rihanna x Bryson Tiller Wild Thoughts

Lato musi mieć konkretną muzyczną oprawę. Chociaż w poprzednich larach moimi wakacyjnymi przebojami stawały się m.in. „What Went Down” Foals czy „Demons” The National, w 2017 o to miano z „Shine on Me” Dana Auerbacha zaciekle walczyło „Wild Thoughts”. Ta współpraca DJ’a Khaleda, Rihanny i Brysona Tillera (łącząca r&b z elementami latino) to idealna propozycja na upalne lipcowe wieczory.

45. Cameron Avery Big Town Girl

W wielu nagraniach z albumu „Ripe Dreams, Pipe Dreams” Cameron Avery bardziej uwodzi i czaruje swoim niskim, głębokim głosem. „Big Town Girl” ujęło mnie jednak czymś zupełnie innym. W tej kompozycji jest coś rozczulającego. Łatwo poczuć, jakby śpiewający z uczuciem Cameron kierował słowa utworu do każdej big town girl, która trafiła na to nagranie. I za to duży plus.

44. P!nk You Get My Love

Chociaż amerykańska wokalistka P!nk kojarzy się głównie z żywiołowymi utworami z pogranicza popu i rocka, nieraz udowodniła, że potrafi tworzyć ściskające serce ballady. Zachwyca przede wszystkim „You Get My Love” – poruszające, rewelacyjnie zaśpiewane, kojarzące mi się z twórczością Alicii Keys nagranie zamykające album „Beautiful Trauma”.

43. King Krule Czech One

Po tym jednym utworze wiedziałam, że płyty młodego Brytyjczyka sobie nie odpuszczę. W singlowym “Czech One” łączy on minimalistyczny jazz z powolną recytacją. Nagranie jest słodko-gorzką, miłosną opowieścią o bardzo enigmatycznej melodii i sennej aurze.

42. Daughter Burn It Down

Brytyjskie indie-ambientowo-dream popowe trio stanęło przed wyzwaniem przygotowania soundtracku do gry „Life is Strange: Before the Storm”. Zespół kojarzył mi się dotąd z łagodną, smutną muzyką. „Burn It Down” utrzymane jest w nieradosnym nastroju, ale w samym utworze więcej jest dramatyzmu i nerwów niż we wszystkich starszych nagraniach tria razem wziętych.

41. Depeche Mode Where’s the Revolution

Po wysłuchaniu powrotnego singla Depeche Mode czuje się ciarki na całym ciele. To utwór pełen mocy. Muzycznie – nic nowego. Sporo elektroniki, zmian tempa, charakterystycznego wokalu Gahana. Świetnie wypada warstwa liryczna, otwarcie uderzająca w polityczne tony i nawołująca do działania: Where’s the revolution? Come on people, you’re letting me down. Pytanie, po której ze stron opowiada się trio. Z numeru ciężko to wyczytać. Koniec końców każdy może poczuć się podburzanym do walki o lepsze jutro.

40. The Shins Mildenhall

Indie folkowe „Mildenhall” jest piosenką aż bezczelnie wakacyjną. Takie dźwięki chętnie u mnie grają w letnim okresie, ale nie mam zespołowi za złe, że podzielili się nią na początku roku. Ostatnio tak odprężona byłam, gdy w uszy wpadło mi nagranie „Muchacho” Kings of Leon.

39. Cara Delevingne I Feel Everything

Kiedy zaczyna się wydawać, że modelka i aktorka Cara Delevingne wyskakuje z każdej lodówki, ona postanawia zrobić coś, co skupi na niej jeszcze większą uwagę. Wymyśliła sobie, że zostanie piosenkarką. Jej muzycznym debiutem jest utwór „I Feel Everything”, za produkcję którego odpowiada Pharrell Williams. Nie ma się czego bać. To porządna, oldskulowa robota. Minimalistyczny numer, oparty raz na dźwiękach trąbki, raz gitary elektrycznej. I nawet wokale przyzwoicie brzmią.

38. Chelsea Wolfe Twin Fawn

Na swojej najnowszej płycie „Hiss Spun” amerykańska wiedźma numer jeden bawi się tempem. Najbardziej żongluje i zaskakuje nim w „Twin Fawn”, proponując nam niepokojącą kołysankę przeistaczającą się w konkretne rockowe łojenie, by po niedługiej chwili powrócić do korzeni.

37. Lana Del Rey Coachella – Woodstock in My Mind

Z dużego grona ubiegłorocznych przeciętniaków sygnowanych nazwiskiem Del Rey najbardziej do gustu przypadło mi inspirowane trapem „Coachella – Woodstock in My Mind” – kompozycja pełna smutku i niepokoju, w której artystka wspomina swój pobyt na amerykańskim festiwalu (a konkretniej na koncercie Father John Misty’ego), podczas którego zdała sobie sprawę, jak kruchy może być pokój między państwami. Bo przecież o niczym innym na koncertach się nie myśli…

36. SZA x Kendrick Lamar Doves in the Wind

Najbardziej wychillowana kompozycja w niedużej dyskografii amerykańskiej wokalistki Solány Imani Rowe? Nie widzę innego kandydata na miejsce „Doves in the Wind” – utworu, w którym gościnnie udziela się wyhypowany Kendrick Lamar. Powolne, zmysłowe nagranie oparte jest na oldskulowych, hip hopowych bitach.

35. The National Sleep Well Beast

Każda kolejna płyta amerykańskiego „najsmutniejszego zespołu świata” jest zbiorem kompozycji albo dobrych, albo znakomitych. Z najnowszej najbardziej zauroczyło mnie nagranie tytułowe: rozmarzone, przytłumione, zahaczające o ambient „Sleep Well Beast”. Potrzeba czasu, by odpowiednio do nas dotarło, ale warto być cierpliwym.

34. Cigarettes After Sex Each Time You Fall in Love

Mało jest tak równych płyt jak debiut zespołu ukrywającego się pod intrygującą, działającą na wyobraźnię nazwą Cigarettes After Sex. Mogłabym wypełnić ich numerami sporą część tego rankingu, lecz ograniczyłam się do swojego ulubionego nagrania, jakim jest mroczne „Each Time You Fall in Love”, w którym Gregory Gonzalez otwiera się przed nami bardziej i przyznaje, że nigdy nie był zadowolony ze swoich związków.

33. Kesha Spaceship

Sporo na nowej płycie Keshy dobrych numerów, lecz tym moim numerem jeden jest „Spaceship”.  Ten prosty, zaaranżowany m.in. na banjo i odznaczający się ładnymi chórkami numer posiada najlepszy tekst spośród wszystkich utworów Amerykanki. Lord knows this planet feels like a hopeless place. Thank God I’m going back home to outer space śpiewa wokalistka, dając nam do zrozumienia, że czuje się wyrzutkiem, który czeka na sposobność przedostania się do lepszego, szczęśliwszego świata.

32. Azealia Banks Chi Chi

Nie rozumiem tej kobiety. Energię woli marnować na durne słowne przepychanki na Twitterze. Zraża do siebie prawie wszystkich. A w międzyczasie ogłasza, że koniec z rapowaniem. A potem powraca z singlem „Chi Chi” – ciemnym popisem nowoczesnego hip hopu. Jakże ciekawszym i bardziej zajmującym od tego, co obecnie króluje na amerykańskiej liście przebojów. „Chi Chi” to piosenka krótka, ale treściwa. Drugi krążek Banks może być naprawdę świetny. O ile w ogóle się ukaże…

31. Benjamin Clementine God Save the Jungle

U brytyjskiego muzyka i poety Benjamina Clementine’a nigdy nie jest nudno. Każda kompozycja to nowa dźwiękowa przygoda. Jego najlepszą ubiegłoroczną premierą jest „God Save the Jungle” – nagranie duszne, niepokojące, w którym na pierwszy plan wysuwa się mocny, nieco obłąkany głos artysty.

30. Coldplay A L I E N S

Nagranie „A L I E N S”, poruszające temat kryzysu migracyjnego, niezwykle zaskakuje. I chociaż zastanawiam się, w jakim innym świecie żyją członkowie zespołu, że wcielając się w tzw. uchodźców z taką łatwością i przekonaniem rzucają wersami w stylu we come in peace, we mean no harm, wszystko potrafię im wybaczyć dzięki tej kosmicznej aranżacji i intrygującej, wibrującej, elektronicznej melodii.

29. Ariel Pink Feels Like Heaven

Długo nowy singiel amerykańskiego muzyka spędzał mi sen z powiek. Towarzyszyły mi myśli, że już to gdzieś słyszałam. Odpowiedzi postanowiłam szukać w latach 80., bo utwór artysty czerpie z nich pełnymi garściami. Okazało się, że nagranie Ariel Pink bazuje na pomyśle „(Feels Like) Heaven” szkockiego one-hit-wonder Fiction Factory. Nie jest to jednak cover, ale niezwykle relaksujący, bujający w obłokach z cukrowej waty remake.

28. Cameron Avery A Time and Place

Na swym debiucie Avery nie daje po sobie poznać, że doświadczenie zdobywał w grupach specjalizujących się w psychodelicznym rocku czy elektronice. Do innej rzeczywistości przenosi już pierwsza propozycja z albumu Camerona, jaką jest „A Time and Place” – elegancka kompozycja o akustycznym wstępie, zwracająca także uwagę subtelnymi dęciakami. Pełna klasy, prosta piosenka, w którą szybko się wsiąka.

27. Shakira x Maluma Trap

W 2016 roku wsiąkłam w ich wspólny utwór „Chantaje”. W 2017 o przyspieszone bicie serca przyprawił drugi efekt współpracy Shakiry i Malumy. „Trap” jest kolejną seksowną, zmysłową propozycją tej dwójki, nowocześnie patrzącą na latynoskie brzmienia. Tu łączą się one z  pościelowym r&b, przecinanym w końcówce niesamowitą gitarą elektryczną.

26. Miguel Shockandawe

Dziwaczne, naznaczone rockowymi naleciałościami „Shockandawe” zaciekawiło mnie na tyle, że postanowiłam zarezerwować sobie czas na dyskografię Miguela. Ilekroć jej słucham, zastanawiam się, ile butelek czegoś mocniejszego musiało się przez studio nagraniowe przewinąć. Miguel brzmi tak, jakby właśnie wrócił ze świetnej imprezy.

25. Lindstrøm x Jenny Hval Bungl (Like a Ghost)

Twórczość norweskiego producenta niezbyt jest mi znana, a jego ubiegłoroczny krążek „It’s Alright Between Us As It Is” dość szybko odłożyłam. Jednak piosenka „Bungl (Like a Ghost)” od pierwszego usłyszenia zaczęła spędzać mi sen z powiek. Intrygujące, przecinane jazzowymi inspiracjami elektroniczne dźwięki świetnie komponują się z w dużej mierze gadającą Jenny Hval.

24. Kelly Clarkson Move You

Niewiele amerykańska wokalistka ma piosenek, do których chciałoby mi się od czasu do czasu wrócić. Jeszcze mniej w jakikolwiek sposób mnie poruszyło. Spore trzęsienie ziemi w mojej głowie i sercu wywołał singiel “Move You” – power ballad o gospelowym sznycie traktująca o wpływie, jaki artystka chce na kogoś mieć. Niby optymistycznie, ale nad całością unosi się delikatny smutek.

23. St. Vincent Los Ageless

Najbardziej intensywna, żarówiasta piosenka roku? Jestem w stanie się pod tą tezą podpisać. “Los Ageless” jest dynamicznym, pulsującym dyskotekowym światłem, seksownym numerem o błyszczącej, dance rockowo-elektronicznej aranżacji. Wpada w ucho bez problemu, zasłużenie dzierżąc tytuł najbardziej przebojowej kompozycji w dyskografii St. Vincent.

22. Beach House Chariot

Dream popowy duet Beach House zrobił w 2017 roku swoim fanom niespodziankę i wydał pełen smaczków album “B-Sides and Rarities”. Mnie szczególnie zainteresowało niewydane wcześniej nagranie “Chariot”, celujące w rozlane, ciemne dźwięki ozdobione dojrzałymi, pełnymi gracji wokalizami Victorii Legrand. Całość kojarzy mi się z czasami, kiedy Goldfrapp wydawali album “Tales of Us”.

21. Angel Olsen Fly on Your Wall

Także amerykańska wokalistka Angel Olsen postanowiła odświeżyć w 2017 roku swoje muzyczne archiwum. Na składance “Phases” umieściła piosenkę z sesji do krążka “My Woman”. “Fly on Your Wall” brzmi jak demo. Jest nieperfekcyjnie, ale za to szczerze i naturalnie. Angel swoim utworem przenosi nas w czasie o przeszło czterdzieści lat, proponując brzmienie surowe i przywodzące na myśl stare dokonania Leonarda Cohena. Czyżby osobliwy tribute?

20. Harry Styles Woman

Zachwytów nad debiutanckimi nagraniami Harry’ego Stylesa ciąg dalszy. Po jego delikatnym obliczu, które ujawnił utwór “From the Dining Table” przyszła pora na coś zgoła innego. W rytmicznym, charakteryzującym się świetnymi gitarowymi partiami artysta pokazuje swoją zadziorną, lecz niepozbawioną nutki zmysłowości twarz. 

19. SOHN Harbour

SOHN kojarzył mi się dotąd z elektroniczno-soulową prostotą. Na albumie “Rennen” pozwala sobie na małe eksperymenty. Przykładem jest zamykające krążek nagranie “Harbour”, które zaskakuje swą budową i udowadnia, że SOHN lubi czasem pogłówkować. Tu łączy piękny, wykonywany a capella wstęp z intensywną końcówką, do której prowadzą powoli budujące napięcie dźwięki.

18. Asaf Avidan A Man Without a Name

Pamiętacie jeszcze wokalistę, który kilka lat temu zdobył na pięć minut sławę dzięki remixowi „Reckoning Song (One Day)”? Ja szybko o Asafie Avidanie zapomniałam, trafiając na niego ponownie w październiku, kiedy przez przypadek w radiu usłyszałam ten utwór. Zaintrygował mnie ten głos. Byłam nawet przekonana, iż za kompozycję odpowiada jakaś debiutantka, będąca połączeniem Andry Day z Janis Joplin. Tymczasem za „A Man Without a Name” stoi facet, który odnalazł furtkę w czasie i zabrał nas w podróż do przełomu lat 60. i 70. Rasowy, bluesowy numer.

17. Sampha Plastic 100°C

Otwierający album pięciominutowy numer „Plastic 100°C” początkowo nie przypadł mi do gustu, sprawiając wrażenie utworu, mającego być intrem, który odważnie rozciągnięto, by zapełnić jakoś miejsce na „Process”. Wystarczyło jednak kilka podejść, by ta mroczna propozycja zdobyła moje serce i miano najmocniejszego momentu wydawnictwa.

16. Jamiroquai Automaton

Długo przechodziłam obojętnie obok muzyki mieszającego funk, acid jazz, dance i disco zespołu Jamiroquai. Nawet singiel zwiastujący nową, pierwszą od paru lat płytę początkowo kompletnie mnie nie ruszał. A potem poszło z górki… Nagranie “Automaton” szybko wpada w ucho, będąc przepełnioną futurystycznymi dźwiękami opowieścią o coraz bardziej zatracającym się w technologii świecie. Imprezowo, ale z nutką refleksji.

15. Austra 43

Meksyk od dawna jest miejscem zamieszkania Katie Stelmanis – wokalistki kanadyjskiej, mieszającej electro pop, synth pop i dark wave formacji Austra. Do wydarzeń mających miejsce w tym kraju (w 2014 roku po manifestacji w jednym z meksykańskich miast bez śladu zaginęło czterdziestu trzech studentów) nawiązuje osnuty mrokiem utwór “43”.

14. Coldplay All I Can Think About Is You

Czy ten zespół po katastrofalnym albumie “A Head Full of Dreams” potrafi mnie jeszcze sobą zaintrygować? Okazuje się, że tak. Łącząca shoegaze i artystyczny rock piosenka “All I Can Think About Is You” (promująca epkę “Kaleidoscope”) sprawiła, że łezka się w oku zakręciła. Piękna namiastka starego Coldplay o klimacie (nieco psychodelii, trochę dreamy), którym chętnie się delektuję.

13. Cameron Avery Dance With Me

Chłodny i nie okazujący emocji. Taki jest Avery w moim ulubionym numerze na jego solowej płycie – przegadanym, gęstym „Dance With Me”. Rytmiczna perkusja zdaje się wyznaczać kolejne kroki w tym hipnotycznym tańcu u boku artysty. Warto dać mu się zaprosić na parkiet i zawirować w przygaszonym świetle.

12. Fink Hard to See You Happy

Bluesowa płyta “Fink’s Sunday Night Blues Club Vol. 1” była bez dwóch zdań ważnym wydarzeniem dla fanów brytyjskiego artysty. W tak mocno osadzonym w bluesie repertuarze go jeszcze nie słyszeliśmy. Z całego (niedużego) zestawu najbardziej zauroczyło mnie “Hard to See You Happy” – gorzka kompozycja o gęstej aranżacji, w której Fink dał sobie podkręcić głos, osiągając oldskulowy efekt.

11. Tiny Vipers K.I.S.S.

Bywa, że zaintryguje okładka. Chociaż po niej nie powinno oceniać się muzyki, nie raz dzięki przyciągającej wzrok, dalekiej od kiczowatości grafice poznałam piosenkę czy nawet całą płytę, która namieszała w moim życiu. Choćby i na chwilę. Podobną historię dopisać mogę do singla „K.I.S.S.” amerykańskiej wokalistki ukrywającej się pod pseudonimem Tiny Vipers. Utwór jest ciężki, przytłaczający. Jesy pozwala, by jej ciche wokale docierały do nas zniekształcone, po przedzieraniu się nie tylko przez melodię, ale i odgłosy burzy czy trzaskającego ognia.

10. Loreen x Elliphant Jungle

Szwedzka electropopowa wokalistka Loreen pięć lat temu podbiła Europę piosenką „Euphoria”, której, łagodnie mówiąc, kompletnie nie trawię. Nie byłam więc zmartwiona faktem, że na następcę albumu „Heal” czekaliśmy od 2012 roku. Smaka narobiła mi jednak epka „Nude”, promowana przez zmysłowy, ospały, sięgający po jamajskie brzmienia singiel „Jungle” z gościnnym udziałem Elliphant. Zrobiło się gorąco.

Callin’ out for you to make me humble, make me humble

9. Imagine Dragons Believer

Twórczość amerykańskiej grupy podzielić mogę na piosenki, które od miesięcy (bądź też lat) mi się nie nudzą, robiąc na mnie ciągle to samo dobre wrażenie; i na utwory, do których wracać mi się nie chce. Z ulgą przekonałam się, że nowy singiel Imagine Dragons, „Believer”, dołączy m.in. do „Gold” i „Warriors”. To kolejna mocna propozycja w dyskografii formacji, obdarzona refrenem (lubię ten wciśnięty pedał gazu w ich numerach) szybko wpadającym w ucho. Dodatkowym plusem kompozycji jest jej tekst traktujący o tym, że ból może pomóc nam stać się silniejszymi ludźmi.

Let the bullets fly, oh let them rain. My life, my love, my drive, it comes from pain.

8. Sorority Noise Week 51

It hasn’t been a week since you’ve fell asleep. Didn’t say goodbye, couldn’t say goodnight cichym, przepełnionym smutkiem i żalem głosem zawodzi do mikrofonu Cameron Boucher – lider formacji Sorority Noise. Ich utwór „Week 51″ jest pięknym, powolnym i niezwykle delikatnym nagraniem traktującym o śmierci kogoś bliskiego. Warto w tym spokoju się zatracić.

I’ve been feeling weak thinking about the ways I can continue. But I’ll wait and I’ll wait.

7. The Killers Some Kind of Love

Nie sądziłam, że muzyka amerykańskiej formacji The Killers będzie w stanie tak mocno mną wstrząsnąć. Udaje się to tej niby niepozornej piosence “Some Kind of Love”. Oniryczne, rozmarzone, łączące delikatnego rocka z ambientem nagranie wzrusza i skrywa smutną historię – Brandon Flowers dedykuje utwór swojej żonie, która zmagała się z depresją. 

Can’t do this alone. We need you at home. There’s so much to see. We know that you’re strong.

6. Fink Day 22

Mój ulubiony wykonawca wydał w 2017 roku dwie nowe płyty. Idealna sprawa, prawda? Pewnie, że tak, choć nieco problemów sprawiło mi wybranie z tego zbioru kompozycji, która najbardziej przypadła mi do gustu. Stanęło na najmroczniejszym punkcie – powolnym “Day 22” o rozbudowanym instrumentarium.

Let’s go through this again. First we do this and then we’ll be free of our earthly baggage.

5. Eliza Wide Eyed Fool

Pamiętacie jeszcze tę młodą dziewczynę wykonującą skoczny kawałek „Skinny Genes”? To Eliza Doolittle, która postanowiła tchnąc życie w swoją upadającą karierę. Nowy rozdział zaczęła od przedstawiania się jedynie po imieniu i wydania singla „Wide Eyed Fool”. I to jakiego! Jest bardzo zmysłowy, ciepły, taki… niedzisiejszy. Taki soulujący kawałek zaaranżowany m.in. na pianino z powodzeniem wydać mogłaby Alicia Keys.

Try a little more, a little harder, little stronger, even if my ideas don’t get past the mattress.

4. MGMT Little Dark Age

Duet znany z hitów „Electric Feel” i „Kids” wyda w 2018 roku nowy album. Zapowiada go singiel, który po prostu musiał ukazać się w czasie poprzedzającym Halloween. „Little Dark Age” jest utworem łączącym wpływy indie rocka z synthpopem. Nad całością unosi się delikatny zapach gothic, a towarzyszące wyrazistemu, wibrującemu podkładowi wokale są niesamowicie puste, mechaniczne, zdehumanizowane.

I grieve in stereo. The stereo sounds strange. I know that if you hide, it doesn’t go away.

3. Salvador Sobral Amor Pelos Dois

Żadna piosenka w 2017 roku tak nie podzieliła ludzi, jak właśnie ta. Jedni płakali i mówili, jak takie spokojne „gówno” mogło wygrać Eurowizję. Inni chwalili i cieszyli się, że triumfowała muzyka pełna uczuć. Utrzymany w stylistyce jazzu i tradycyjnego popu kawałek chwyta za serce. Nie trzeba znać portugalskiego, by zorientować się, o czym Salvador opowiada. To smutna kompozycja o utraconej miłości. Piękna, ale strasznie przygnębiająca.

Se o teu coração não quiser ceder, não sentir paixão, não quiser sofrer.

2. Lorde Writer in the Dark

Lorde nie ma lepszej piosenki. Koniec. Kropka. Tą perłą w jej dyskografii jest prosta ballada „Writer in the Dark”, w której zachwycają mnie pełne emocji wokalizy Elli. I’ll love you ’til my breathing stops (…) I’ll find a way to be without you, babe śpiewa Lorde, sprawiając, że jej maska silnej kobiety z hukiem spadła na ziemię. Tak bezbronnej jej jeszcze nie słyszeliśmy. Coś magicznego.

In our darkest hours, I stumbled on a secret power, I’ll find a way to be without you, babe.

1. Harry Styles Sign of the Times

Gdyby ktoś mi powiedział, że będę mieć obsesję na punkcie debiutanckiego, solowego singla byłego członka One Direction… Życie lubi zaskakiwać. Harry Styles po rozpadzie boysbandu nabrał wiatru w żagle i nagrał piosenkę diametralnie inną od tego, czym jego zespół raczył nas na co dzień. „Sign of the Times” to wielki utwór. O podniosłym, rewelacyjnym refrenie. O wodospadzie emocji. O poruszającym tekście. No i o melodii, będącej ukłonem dla brytyjskiego rocka sprzed paru dekad. Wow. Wow. Wow.

You can’t bribe the door on your way to the sky. You look pretty good down here. But you ain’t really good.

Playlista z moimi ulubionymi utworami 2017 roku

10 odpowiedzi do “TOP150: najlepsze piosenki 2017 roku (50-1)”

  1. Ja od lat widziałam potencjał u Harry’ego, no i w końcu się doczekalam jego solowego albumu i przede wszystkim singla. Nie dziwię się, ze jest na najwyższym miejsc… ta piosenka jest naprade nie do znudzenia. Dziwię się tylko ze nie dostała ona nominacji do Grammy. A z pozostałych to są i te co lubię i te co nie znam i muszę nadrobić. I zawsze czekam na twoją topke 🙂

  2. Z tego zestawienia uwielbiam St. Vincent ‘Los Ageless’ i Imagine Dragons ‘Believer’. Natomiast zachwytów nad “Sign of the times” nie rozumiem, wybacz 🙂 piosenka może ma klimat, ale jakoś do mnie nie przemawia, denerwuje mnie głos wokalisty i ogólnie leniwe tempo całej piosenki, choćbym nie wiem ile razy ją słuchała nie jestem w stanie się przekonać.

  3. Hm, numer 1 niestety mnie zawiódł. Dla mnie to taka piosenka-ciekawostka, która robi wrażenie głównie dlatego, że aż tak się gryzie z wcześniejszymi dokonaniami One Direction.
    Numer 2 lubię, bo kojarzy mi się z Kate Bush. Może nie jest super oryginalny, ale wykonanie robi duuuuże wrażenie.
    A numer 3 sporo w zeszłym roku namieszał w eurowizyjnym światku. I całe szczęście 🙂

  4. Przyznam, że numer 1. bardzo mnie zawiódł; w poprzednich latach w Twoich zestawieniach podium zdobywały bardziej ambitne utwory od “Sign of the Times”. Co do “Writer in the Dark”, to zgadzam się jak najbardziej :). Pozdrawiam

    1. Nie zawsze chodzi o to, by na pierwsze miejsca wynosić coś, co jest ambitne i nie wiadomo jak bardzo alternatywne. Czy gdyby SOTT wykonywał chłopak z mniej niż 1000 lajków na fb a nie znany z popularnego boysbandu wykonawca byłoby ok? W przypadku wyboru miejsca pierwszego kierowałam się przede wszystkim emocjami, jakie ta piosenka we mnie budziła i nadal budzi. Pojawiła się w słabym momencie mojego życia i pomogła “jako tako” wyjśc na prostą. Dlatego ją tak doceniam i dlatego jest dla mnie ważniejsza niż setki ambitniejszych numerów z 2017.

  5. Wiedziałam, że “Sign of the Times” będzie u Ciebie na pierwszym. 😀 Fajnie, że “Believer” tak wysoko i Asaf Avidan też. Wydał świetną płytę w tym roku.
    Zapraszam na nowy wpis.
    Pozdrowienia 🙂

  6. Obstawiałam, że w Top50 będzie jeszcze “Ever Since New York”.
    Cieszę się, że przypomniałaś mi o “All I Can Think About Is You”. Ponownie “You Give My Love” to utwór, który chciałabym wymazać ze swojej pamięci…
    W moim top 10 oprócz “Sign Of The Times” i “Writera”, znalazłyby się też “Dance With Me”, “Hallelujah Money” Gorillaz, “Swish Swish” i “Hard Times” Paramore.
    U mnie nowy wpis już pod nowym adresem, zapraszam i pozdrawiam. 🙂

  7. A ja bardzo dobrze rozumiem twój wybór. SOTT to genialny, emocjonalny numer, który wg mnie jest niedoceniany. Z tego zestawienia uwielbiam jeszcze Believer i Shockandave

    Nowy post
    scarlett95songs.blogspot.com

  8. Mam nadzieję, że Cię wcześniejszy komentarz nie uraził? Muzyki nie da się oddzielić od emocji. Dla jednych piosenka jest “magiczna”, dla innych “rozczarowująca”. To przecież normalne. A zestawienia takie, jak te, to zawsze tylko subiektywna opinia. Nie widzę w tym nic dziwnego, no ale poczułem, że muszę to napisać 🙂

    1. Pewnie, że nie uraził 😉 Cenię sobie szczerość a gdzie mogę ją dziś znaleźć jak nie w komentarzach o danej płycie/piosence itp.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *