TOP50: najlepsze albumy 2025 roku (50-31)

50. Banks Off With Her Head

Amerykańska wokalistka BANKS w 2024 roku świętowała dziesięciolecie swojego płytowego debiutu – krążka “Goddess”, za sprawą którego na krótką chwilę stała się jedną z najważniejszych artystek popularnego wówczas nurtu alternative r&b. Ze szczytu szybko spadła, a w powrocie do łask słuchaczy nie pomagały kolejne nijakie albumy. Dla, “Off with Her Head”, można… stracić głowę. Najnowszym albumem wokalistka zmazuje dość przeciętne wrażenie, jakie zostawiły po sobie jej poprzednie wydawnictwa. Jest odważniejsza i wyrazistsza niż wcześniej, choć nie straciła tych pokładów wrażliwości, jakie były w niej od samego początku. Takie przebudzenie z marazmu było nie tylko jej, ale i nam bardzo potrzebne.

49. The Murder Capital Blindness

Formacja The Murder Capital swoim trzecim studyjnym krążkiem “Blindness” ugruntowuje swoje miejsce w panteonie najbardziej ekscytujących współczesnych kapel serwujących nam mocniejsze brzmienia. Jest to płyta równie ciekawa i konkretna co “Gigi’s Recovery” z 2023 roku, lecz odznaczająca się pewną surowością i cięższym instrumentarium. Ten solidny efekt osiągnięty jednak został kosztem atmosfery. Pogrążone w chłodzie, mroku i letargu kompozycje z “When I Have Fears” skuteczniej na mnie oddziaływały. Tu tych emocji czuję mniej.

48. Japanese Breakfast For Melancholy Brunettes (& Sad Women)

Kiedy wielu artystów po odniesieniu pewnego sukcesu chce kontynuować dobrą passę i nie decyduje się na drastyczne zmiany, tak Japanese Breakfast chcą udawać, że “Jubilee” było jednorazowym wyskokiem w stronę jaśniejszych, przystępniejszych a nawet przebojowych brzmień. “For Melancholy Brunettes (& Sad Women)” jest płytą taką, jak opisuje ją jej tytuł. Jest melancholijnie, spokojnie, a smutek miesza się z rozczarowaniem – to może poczuć każdy bez względu na kolor włosów czy płeć. Bury me beside you in the shadow of my mountain – śpiewa na sam koniec Michelle Zauner nie dając nam tym razem optymistycznego zakończenia swojej historii.

47. Little Simz Lotus

Ostatnie albumy raperki prezentowały się niezwykle okazale. Jej hip hop wchodził we współpracę m.in. z gospel, soulem czy jazzem, obok Little Simz udzielał się chórek, a całość miała całkiem ciepły, wyrafinowany charakter. “Lotus” te eleganckie salony opuszcza i schodzi do podziemia przy surowych dźwiękach i minimalistycznych produkcjach tworzących klaustrofobiczną atmosferę. Ubiegłoroczny krążek brytyjskiej raperki jest niczym sesja terapeutyczna. Po wielu zawodowych i prywatnych perturbacjach Little Simz pozwala, byśmy zanurkowali w świat jej najintymniejszych myśli i przeżyć. Artystka nie unika prztyków w kierunku byłego współpracownika, ale i nie boi się pokazać słabości. Solidna płyta.

46. Matt Berninger Get Sunk

Był taki czas, gdy przyszłość The National wisiała na włosku. Berninger zmagał się z depresją i nie w głowie mu było komponowanie kolejnych utworów. Wyszedł jednak z dołku, a grupa w ciągu jednego roku wydała dwie bardzo udane płyty. O swoich emocjonalnych problemach i powolnemu wychodzeniu z nich śpiewa nam Matt na solowym albumie “Get Sunk”. Nie jest to wielka zmiana w porównaniu do tego, co serwowali nam ostatnio The National, ale ten introspektywny charakter jego piosenek jest tu mocniej wyczuwalny. Muzycznie – to po prostu solidna, stonowana płyta pozbawiona większych zaskoczeń.

45. Alexandra Savior Beneath the Lilypad

Album “Beneath the Lilypad” pokazuje Alexandrę Savior w zupełnie nowym świetle. Wokalistka jest dojrzalsza, pewniejsza siebie i odważniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Jej krążek “The Archer” był ważnym, surowym świadectwem  odbudowy po trudnych latach (po premierze “Belladonna od Sadness” wytwórnia wypowiedziała jej umowę), ubiegłoroczna nowość jest już pełnoprawnym, filmowym światem, który artystka tworzy z pełną świadomością swej tożsamości. Savior odchodzi od minimalistycznego folkowo-popowego brzmienia na rzecz rozbudowanych aranżacji, smyczków i art popu. I wciąż nie chce gonić za współczesnymi trendami.

44. Florence + The Machine Everybody Scream

“Everybody Scream” nie ma aż tylu błyskawicznych, zapadających w pamięć momentów jak “Dance Fever” sprawiając, iż tamten album wciąż pozostaje moim osobistym faworytem w całej karierze Florence + The Machine. Tutaj ta magia – choć obecna – ma bardziej rytualny charakter. Jedno jednak pozostaje niezmienne – Florence Welch i jej zespół nie schodzą poniżej pewnego poziomu artystycznego. Nawet jeśli ten krążek nie porywa od pierwszego przesłuchania, czuć w nim konsekwencję, odwagę i szczerość. 

43. Lord Huron The Cosmic Selector Vol. 1

“The Cosmic Selector Vol. 1” jest najbardziej introspektywną i wymagającą płytą, jaką znajdziemy w dyskografii grupy Lord Huron. Jest to album mniej przebojowy niż “Strange Trails” i mniej efektowny niż “Long Lost” – ale bardzo osobisty. Zamiast chwytliwych melodii czy wpadających od razu w ucho refrenów dostajemy kolekcję utworów utkanych z wielu wspomnień. W wielu kompozycjach Ben Schneider i spółka pochylają się bowiem nad tematyką upływającego czasu, który zostawił po sobie śladów. To płyta o stracie, żalu za tym, co minęło, emocjach towarzyszącym temu patrzeniu wstecz na podejmowane wówczas decyzje.

42. Men I Trust Equus Asinus

Kanadyjska formacja indie, Men I Trust, w minionym roku oddała w nasze ręce nie jedną, ale aż dwa albumy. Ja uznaję jednak wyższość “Equus Asinus” nad “Equus Caballus”. O ile wcześniej grupa chętnie kierowała kroki w stronę elektroniki, koncentruje się głównie na akustycznych gitarach, łagodnych syntezatorach i eterycznym wokalu Emmanuelle Proulx. Nadaje to płycie refleksyjnego, wiosennego brzmienia. Wspomnienie wiosny w poprzednim zdaniu nie jest przypadkowe. “Equus Asinus” brzmi jak muzyka głęboko zanurzona w naturze. Jest to materiał stonowany i jednostajny, ale bardzo przyjemny i odprężający.

41. Rochelle Jordan Through the Wall

Na “Through the Wall” nie ma słabych piosenek tak samo jak nie ma kompozycji niesamowitych, pięknych czy po prostu zostawiających po sobie w moim życiu jakiś ślad. To jednak spójny materiał skrojony pod imprezy, gdzie obok chwilowego bitu liczy się i klimat. Rochelle Jordan zaprasza słuchacza na parkiet, ale robi to z gracją i wyczuciem. Nie uderza w typową klubową ekspresję, lecz buduje subtelny rytm, który wciąga stopniowo. W jej muzyce house i UK garage spotykają się z dusznym, nowoczesnym r&b. Artystka jest jak gospodyni pasjonującej domówki, która wie, kiedy zaserwować jaką piosenkę. Z takiej imprezy chce się wychodzić dopiero nad ranem.

40. Greentea Peng Tell Dem It’s Sunny

Odkryta przeze mnie w samym środku światowego lockdownu Greentea Peng jest autorką jednej z moich ulubionych debiutanckich płyt datowanych na lata 20. XXI wieku. Ubiegłoroczne “Tell Dem It’s Sunny” nie dorównuje “Man Made”, ale Aria Wells – jak naprawdę nazywa się artystka – nie przechodzi dźwiękowej rewolucji. Jej twórczość pozostaje mieszanką neo soulu, dubu, reggae i alternatywnego r&b. Zmienił się lekko klimat krążka. Jest mniej odurzająco, a jakoś tak… dosadniej, ostrzej. Jakby przez te kilka lat życie dało wokalistce w kość. “Tell Dem It’s Sunny” to krążek na swój brytyjski sposób ciepły, ale podszyty niepokojem. To muzyka o szukaniu równowagi, światła i sensu w świecie pełnym chaosu.

39. Mariah Carey Here For It All

Album “Here for It All” Mariah Carey był długo wyczekiwany. Minęło bowiem kilka lat od jej ostatniego wydawnictwa, a sama artystka już od dawna nie wydaje muzyki z taką częstotliwością jak kiedyś. To sprawia, że każda jej premiera staje się dla mnie wydarzeniem, budzącym niemal taką samą ekscytację jak w złotych czasach jej kariery. Na nowej płycie Carey momentami brzmi tak, jakby wciąż miała w sobie ten sam ogień – wokalnie i emocjonalnie potrafi wznieść się bardzo wysoko, a wiele utworów dowodzi, że jej twórczość nadal może zaskakiwać świeżością i szczerością. Choć to krążek dojrzałej artystki selektywnie dzielącej się muzyką, chwilami prezentuje się okazale. Tak, jakby Amerykance wciąż naprawdę chciało.

38. Sabrina Carpenter Man’s Best Friend

Obawiałam się, iż album “Man’s Best Friend” okaże się być odgrzewanym kotletem i zestawem piosenek, które odpadły podczas kompletowania “Short n’ Sweet”. Na nowym projekcie Sabrina Carpenter stawia przede wszystkim na humor, satyrę i muzyczną różnorodność. Dużo żartuje, ironizuje, komentuje – a tematem jej piosenek jest oczywiście płeć przeciwna. Artystka udowadnia, że potrafi być zarówno szczera i krucha, jak i bezczelnie zabawna i teatralna. A robi to prezentując przy okazji sporą paletę różnorodnych dźwięków, które sprawiają, że “Man’s Best Friend” nie nudzi się tak szybko, co jego poprzednik.

37. Tom Odell A Wonderful Life

Tom Odell w ostatnich latach jest nad wyraz aktywny muzycznie, często dzieląc się nowymi płytami i przemierzając świat z koncertami. W pewien sposób stał się zakładnikiem przeboju “Another Love”, którego następcy oddać w nasze ręce jakoś nie chce. Zamiast numeru o podobnie radiowym potencjale serwuje nam porcję piosenek ciekawszych od jego ostatnich projektów. “A Wonderful Life” to album, który potwierdza dojrzałość Toma jako artysty łącząc jego charakterystyczną szczerość i fortepianowy minimalizm z większym rozmachem i aranżacyjną odwagą, która nie wyklucza jednak brzmieniowej spójności.

36. Lady Gaga Mayhem

W okolicach premiery płyty “Mayhem” zaczęły pojawiać się informacje, jakoby inspiracjami Lady Gagi do nowego zestawu jej kompozycji są zespoły Nine Inch Nails i The Cure. Jest to zapowiedź tej samej tej samej wagi co zapewnienia Dua Lipy, iż ta podczas prac nad “Radical Optimism” zagłębiała się w archiwa brit popu. Nie warto się do nich przywiązywać, gdyż tego mroku i industrialu jest tu jak na lekarstwo. Nie oznacza to jednak, że “Mayhem” skreślam. Wręcz przeciwnie. Album ten siada podobnie mocno jak “Joanne” czy “Born This Way”, choć nie ma emocji tego pierwszego ani odwagi drugiego. Jest po prostu kawał fajnego dance-elektro-popowego grania z kilkoma dźwiękowymi zaskoczeniami.

35. Alison Goldfrapp Flux

Okładkę albumu “The Love Invention” zdobiło wiele barw, które korespondowały z intensywnością i energią zawartych na nim piosenek. Alison Goldfrapp na nowej płycie “Flux” nie wypycha nas dosłownie na parkiet, lecz raczej otula swoim głosem i wciąga do swego wewnętrznego świata. Jest tu bowiem trochę melancholii i pewnej ulotności. A to wszystko zamknięte w różnych elektronicznych klimatach. Mogła sobie jednak darować porównania do “Supernatural”, gdyż na próżno szukać tu podobnych glam rockowych inspiracji i wibrujących przebojów. Jest bezpiecznie, ale chwilami bardzo interesująco.

34. Westerman A Jackal’s Wedding

Lata mijają a brytyjski wokalista Westerman nie posunął się ani o krok w stronę zostania jednym z najbardziej znaczących alternatywnych głosów w swoim kraju. I to w momencie, gdy ukazuje się jego trzecia już płyta. On sobie dryfuje gdzieś z boku, na dalekiej orbicie, bez zabiegania o naszą uwagę. Westerman buduje swoje utwory na niedopowiedzeniach, zostawiając słuchaczowi przestrzeń na własne emocje i interpretacje. Folkowe i akustyczne brzmienia budujące krążek “A Jackal’s Wedding” spotykają się tu z elektroniką – to subtelniejszą, to wyrazistszą, ale nigdy nie przygniatającą. Artysta nie oferuje łatwych refrenów ani natychmiastowych wzruszeń, raczej powoli osadzając się w pamięci. Działa to już kolejny album.

33. Racing Mount Pleasant Racing Mount Pleasant

Amerykańska formacja Racing Mount Pleasant jeszcze do kwietnia minionego roku znana była jako Kingfisher. Pod tym szyldem w 2022 roku wydała debiutancki album, ale przyszła pora na totalny rebranding. Kto wie, może za chwilę i Racing Mount Pleasant przejdą do historii, ale póki co cieszmy się ich imiennym albumem, na którym znajdziemy dobrej jakości miks indie folku, baroque popu, chamber popu i indie rocka. Mi przypominają nieco Black Country, New Road (w warstwie instrumentalnej dzieje się tu podobnie dużo), ale bez tej radiowości, w stronę której skręciła w 2025 roku formacja BCNR. To chyba jeden z niewielu przypadków, gdy amerykańska inspiracja czymś brytyjskim dała tak fajny efekt.

32. Beirut A Study of Losses

Beirut, formacja odkrywająca przed nami uroki world music i zestawiająca je z indie folkiem, zaliczyła lekki falstart w 2023 roku, kiedy to ukazała się nudna płyta “Hadsel”. Jednak gdy w 2024 roku ujawnili singiel “Caspian Tiger”, wiedziałam, że znów jesteśmy na właściwej drodze. I taki też jest album “A Study of Losses” – to kolejna w karierze zespołu podróż w bliżej nieokreślonym kierunku. Jej melancholijne aranżacje i folkowa wrażliwość zestawione zostają z brzmieniem wyciszonym, momentami wręcz kameralnym. Klimat albumu jest nostalgiczny, lekko zamglony, pełen miękkiego smutku, który nie przytłacza.

31. FKA twigs Eusexua

Kariera trwająca dobrą dekadę i ani jedno potknięcie – FKA twigs swoje kroki stawia niezwykle uważnie, choć lubi przy tym robić dziwne piruety. Każdy z jej dotychczasowych projektów to porcja muzyki, do której chce mi się wracać i na nowo ją odkrywać. Nie inaczej sprawa ma się z krążkiem “Eusexua”. To płyta, na której Tahliah przypomina sobie, że jej kariera w show biznesie zaczęła się od tańca. Żaden z jej pozostałych albumów nie miał bowiem takiego klubowego potencjału, jakim odznacza się najnowsze dzieło. Nie został on osiągnięty kosztem emocji, których tu jednak mniej niż na melodramatycznej “Magdalene”.

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Jeden komentarz do “TOP50: najlepsze albumy 2025 roku (50-31)”

  1. Mój nr 1 w tym roku to “Everybody Scream” i gdybym miała go uplasować w osobistym rankingu F+TM to byłby na trzecim miejscu zaraz po uwielbianymi przeze mnie “Ceremonials” i “Lungs”. 🖤 Dobrze wspominam też album Alexandry Savior, natomiast niewiele już pamiętam z albumów FKA Twigs i Lady Gagi.
    Pozdrawiam 😊

Odpowiedz na „SzafiraAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *