TOP75: najlepsze albumy 2020 roku (50-26)

50. NOAH CYRUS THE END OF EVERYTHING

Ośmiotrackowy krążek pesymistycznie zatytułowany “The End of Everything” skierował młodszą Cyrus na ścieżkę skromniejszych, jeszcze smutniejszych brzmień. To taki… depresyjny pop podlany sporą dawką country i folku. Jeśli wyczuwaliście fałsz w ponurych kompozycjach Billie Eilish, z odsieczą przychodzi Noah. Tej dziewczynie wierzy się jakoś łatwiej. Szczerość i naturalność zapisaną ma w swoim DNA. I chociaż w jednej z piosenek otwarcie śpiewa o trudach bycia siostrą Miley, powinna docenić swoje położenie – od niej nikt nie wymaga znakomitej sprzedaży. Może więc robić swoje. Co zresztą jej nieźle wychodzi.

49. AWOLNATION ANGEL MINERS & THE LIGHTNING RIDERS

Lata mijają a amerykańska grupa Awolnation nie wylansowała przeboju na miarę “Sail”. I chyba nawet nie planuje tego robić, bo i sama kompozycja hitem stała się przez przypadek. Potencjał jednak tkwi w zespole spory, bo “Angel Miners & The Lightning Riders” nieźle łączy komercyjne brzmienia z szalonymi, nieco nawet chaotycznymi rockowo-elektroniczno-popowymi dźwiękami. Album jest krótki (dziesięć piosenek daje niecałe czterdzieści minut muzyki), ale bardzo intensywny i konkretny. Chwilami roztańczony (tak, dziwnie to brzmi w kontekście Awolnation), momentami uderzający w bardziej melancholijne nuty. Nie sposób się przy nim nudzić.

48. CHARLI XCX HOW I’M FEELING NOW

Ciężko mi którąkolwiek z płyt Charli XCX okrzyknąć mianem arcydzieła, ale z całej jej dyskografii to właśnie przy “How I’m Feeling Now” spędziłam najlepszy czas. Niezwykle imponuje mi sam proces powstawania tego krążka. W izolacji, bez spotkań twarzą w twarz z producentami. Nawet okładka i teledyski są dziełem Brytyjki. Da się? Da! Podoba mi się też zwarta forma tego albumu. Jest krótki, konkretny, na temat. Udany pandemiczny pop, choć, co warto podkreślić, nie dla wszystkich. Na “How I’m Feeling Now” sporo się dzieje, ale tym razem wokalistka chętniej niż wcześniej skupiła się na swoich emocjach.

#72 w 2019: Charli

47. JUNIORE UN, DEUX, TROIS

Nie raz i nie dwa wspominałam, że z językiem francuskim mi nie po drodze, choć muzyka tworzona przez tamtejszych artystów naprawdę należy do europejskiej czołówki. W 2020 roku moja uwaga na długi czas skupiła się na zespole Juniore. Francuzi wydali drugi album (“Un, Deux, Trois”), na którym połączyli dwa światy – współczesny indie pop z retro. Całość jest świetną, zachęcającą do ponownego odkrywania mieszanką dla fanów psychodelicznych klimatów i francuskiej kinematografii z lat 60. Brigitte Bardot, Saint Tropez, Morze Śródziemne i nocne przechadzki jego brzegiem – to wszystko przychodzi na myśl, gdy tylko rozbrzmiewają pierwsze dźwięki płyty.

46. BAASCH NOC

Podobało mi się to, co polski wokalista i producent Baasch (a właściwie Bartosz Schmidt) robił na albumach “Corridors” i “Grizzly Bear with a Million Eyes”. Jednak prawdziwą więź z jego twórczością poczułam dopiero w 2020 roku. Wielu artystów z rodzimego podwórka przeskoczyło jakiś czas temu na język polski – na trzecim krążku, noszącym intrygujący i rozbudzający wyobraźnię tytuł “Noc”, robi to Bartosz. Ponownie zanurzamy się w świecie dźwięków tworzonych przez mroczne syntezatory. Ponownie tańczymy. Ale tym razem z duszą na ramieniu, gdyż w umysł wwiercają nam się wersy pełne niepokoju, lęku o przyszłość, melancholii. Mocna płyta na niepewne czasy.

45. LONKER SEE HAMZA

Jeszcze przed kilkoma laty największym komplementem, jaki usłyszeć mógł polski wykonawca, były słowa, że brzmi światowo. Dziś łatwo można wpaść na polskich solistów bądź też zespoły, które w niczym nie ustępują zagranicznym kolegom po fachu. Serca słuchaczy spoza Polski śmiało podbijać może grupa Lonker See. W 2020 roku zaprezentowali nam album “Hamza” – siedmiotrackowe wydawnictwo, które przekłada się na nieco ponad pięćdziesiąt minut muzyki. I to jakiej. Płyta Polaków jest świetną propozycją dla osób, które lubią poczuć muzykę i dać się opanować jej atmosferze. Całość jest bardzo filmowa, co tylko podkreślają inspiracje pełnymi garściami czerpane z psychodelicznego space rocka i jazzu.

44. KALI UCHIS Sin Miedo (del Amor y Otros Demonios)

Tworzony na kolanie mini album “To Feel Alive” bardzo podkopał moją wiarę w Kali Uchis. Jednak już w tamtym czasie wokalistka kompletowała materiał na “Sin Miedo (del Amor y Otros Demonios)”. Nagrywana bez strachu przed miłością i innymi demonami płyta sprawiła, iż zaczęłam zastanawiać się, na ile Uchis z “Isolation” jest tą prawdziwą Uchis. O ile muzycznie poprzedni krążek zostawia tegoroczny w tyle, tak pod względem wykonania i przekazywanych emocji to właśnie najnowsze dzieło Kolumbijki wypada lepiej. W hiszpańskojęzycznej wersji jest autentyczniejsza i bardziej chętna do pokazywania się z różnych stron. Jak ulał więc pasuje tu grafika zdobiąca wydawnictwo – Kali jest aniołem o diabelskich zamiarach.

#5 w 2018: Isolation

43. HONEY GENTRY H.G.

Składające się z dziewięciu nagrań (dających łącznie niecałe półgodziny muzyki) wydawnictwo zostało przez brytyjską wokalistkę Honey Gentry napisane, zaśpiewane i wyprodukowane. Słowem – DIY w najlepszym wydaniu. “H.G.” nie przynosi dźwiękowej rewolucji. To nadal artystyczny, rozmarzony, filmowy pop o vintage’owym pierwiastku, choć odnoszę wrażenie, iż częściej niż wcześniej Honey oddaje hołd naturze. Trochę można było przy “Dreamlover” narzekać, że Brytyjka aż za bardzo idzie śladami Lany Del Rey, lecz na “H.G.” przekonała mnie, iż potrafi stworzyć swój własny muzyczny świat. A ten jest miejscem, gdzie jest chłodno i mgliście, lecz gdzie zza chmur nieśmiało wygląda słońce.

42. ALMA HAVE YOU SEEN HER?

Alma jest wokalistką z tej samej półki co Tove Lo, Charli XCX, Elliphant czy . Ma spory wpływ na swoje brzmienie, pisze teksty, wie, co swoją muzyką chce nam przekazać. Sporo w niej podobnej niepokorności i zadziorności, ale ciekawie ukrytej za dźwiękami dość jasnymi, nieagresywnymi. Na swój sposób też dziewczęcymi, choć ona sama nie wygląda jak typowa, wyfiokowana popowa gwiazdka. Jej twórczość, podobnie jak wspomnianych koleżanek po fachu, to taki underrated pop – będący czymś smaczniejszym od tego, czym męczą stacje radiowe, ale nie mogący się przebić do głównego mainstreamu.

41. HALSEY MANIC

Płyta “Manic” jest taka, jak zapowiadała ją sama Halsey – it’s fucking everything. Artystka wyszła ze swojej strefy komfortu (pop-r&b-elektro) i zaczerpnęła inspiracje z takich gatunków jak country czy rock. Raz z lepszym efektem, raz gorszym, ale przynajmniej z takim skutkiem, iż jej piosenki słuchane jedna po drugiej przestały zlewać się w jedno. “Manic” jest pierwszym krążkiem wokalistki, który faktycznie w całości nieźle wchodzi. Wątpię, by Halsey swoją ubiegłoroczną twórczością wywoła jakieś muzyczne trzęsienie ziemi, ale te wstrząsy zafundowała sobie na poziomie swojej psychiki. Nieźle wypadają tu bowiem teksty, w których Amerykanka jest szczera sama ze sobą i próbuje być swą własną terapeutką.

40. RINA SAWAYAMA SAWAYAMA

Od dawna powtarzam, że świat potrzebuje wyróżniających się z tłumu wokalistek pop. Jakiś czas temu nasze serca podbiła Dua Lipa (poprawiła udanym, parkietowym albumem “Future Nostalgia”), a teraz na scenę pewnym krokiem wkracza Rina Sawayama. Jej debiutancka płyta jest dziełem odważniejszym od epki “RINA”. Nie sądziłam, że artystka tak chętnie sięgnie po rockowe dźwięki, które wystrzeliły jej muzykę na nowy poziom. “Sawayama” nie jest krążkiem idealnym, ale ma wiele świetnych momentów, którymi japońska wokalistka może budzić zazdrość u konkurentek.

39. HURTS FAITH

Na “Desire” Theo Hutchcraft i Adam Anderson skupili się na tym, by stworzyć perfekcyjne big pop records. Z nośnymi refrenami i melodiami “dla wszystkich”. Wyszedł album, którego nie chce mi się w ogóle słuchać. Hurts po wyczerpującej promocji płyty zrobili sobie przerwę, którą wykorzystali na walkę z wypaleniem. Na nowym krążku stawiają dzielnie czoła swoim demonom, powracając silniejszymi i rozdrażnionymi. I to jest główny atut “Faith”. W końcu odżyły w muzyce Hurts emocje. I chociaż wciąż chłodny, neo romantyczny klimat “Happiness” jest nie do podrobienia, zeszłoroczny album jest moim drugim ulubionym w ich dyskografii. Ryzyko się opłaciło.

38. ROSALIE IDEAL

Rosalie po raz drugi nagrała album, który nie ma słabych punktów. Ciężko mi nawet na ten moment zdecydować, czy “IDeal” przebija w moim odczuciu “Flashback” sprzed dwóch lat. Może dlatego, że ubiegłoroczny krążek polskiej wokalistki odbieram jako zupełnie nowy rozdział jej kariery. Bardziej przebojowy, weselszy, jeszcze świeższy. Podobnie jednak lekki w odbiorze, rewelacyjne zaśpiewany i bezwstydnie wręcz kołyszący. Chyba nie zaskoczę, gdy przyznam, iż moją ulubioną artystką na rodzimym podwórku jest właśnie Rosalie. Ogromne ukłony za udowadnianie, że w naszym kraju da się robić smakowite r&b.

#14 w 2018: Flashback

37. KATIE MELUA ALBUM NO. 8

Bez rozdrapywania ran. Bez podkreślania, jak bardzo ma złamane serce. Bez przesadnego smutku, złości czy depresji. Katie Melua na nowej płycie do tematu rozstania podchodzi niezwykle dojrzale i nad wyraz spokojnie. Przekłada się to na wyraz “Album No. 8”. Wokalistka ponownie odkrywa swoje jazzowo-bluesowe korzenie, lecz mniej w jej nowych piosenkach tej samej naiwności, którą charakteryzowały się utwory wchodzące w skład “Call Off the Search” czy “Piece by Piece”. Nie jest to album dla każdego, lecz jeśli szukacie muzyki nastrojowej czy po prostu ładnej, “Album No. 8” powinien zagościć na waszych playlistach.

#13 w 2016: In Winter

36. STACH BUKOWSKI CZERWONY SUV

Stach Bukowski potrafi zmylić. Już myślisz, że to solista, a tymczasem jest to wspólny projektu trójki przyjaciół z Olsztyna, którzy zakochani są w gitarowej muzyce i retro klimatach. W pierwszej połowie ubiegłego roku wydali debiutancki longplay “Czerwony SUV”, który skutecznie umilił mi czas kwarantanny. Bo właśnie taka jest ta porcja muzyki – pełna młodzieńczej energii, pozbawiona smutów (choć spokojniejsze nagrania także się znajdą) i… wakacyjna. Wciskam play, zamykam oczy i już mknę tytułowym SUVem w kierunku Saint-Tropez. Chociaż proponowane na “Czerwonym SUVie” brzmienie nie jest zbyt eksperymentalne i skomplikowane, przy każdym odsłuchu potrafię wyłapać coś nowego, jakiś ciekawy niuansik.

35. SELENA GOMEZ RARE

Nie pokładałam w nowej płycie Seleny Gomez większych nadziei, gdyż zapowiadające ją single diametralnie się od siebie różniły i robiły na mnie skrajne wrażenia. Tymczasem spotkanie z “Rare” było znacznie przyjemniejsze, niż się spodziewałam. O ile na “Revival” artystka więcej kombinowała z brzmieniem, tak nowe wydawnictwo jest spójniejsze i mniej przypomina radiową kompilację. Selena postawiła na nowoczesny pop, rozszerzając go a to o funk, a to o subtelną elektronikę, czasem o latino, czasem o r&b. Można zarzucić, że mało który utwór odznacza się wyrazistszym brzmieniem, lecz dla mnie ta pastelowość nowych nagrań Gomez jest ich sporym plusem.

#70 w 2015: Revival

34. ARIANA GRANDE POSITIONS

Płyta “Positions” jest taka, jak jej okładka – pastelowa, delikatna i urocza. I bardzo kobieca. W przygotowanych przez Arianę Grande i jej team piosenek czuć spokój, pewną beztroskę i harmonię. Wokalistka jak zwykle kontroluje swoje wokale, jakby bojąc się zdjąć nogę z hamulca i pokazać, na co jej głos faktycznie stać. Dobrą zmianą jest podejście do samych pokładów. Nie są już tak zdehumanizowane. Mniej w nich komputerów, więcej zaś żywych instrumentów (smyczki!), które nadają kompozycjom romantycznego wydźwięku Ładnie wypadają także wycieczki w stronę neo soulu i dojrzalszego r&b. Na razie bezpieczne, ale liczę, iż w przyszłości Ariana pokaże nam, na co naprawdę ją stać.

#63 w 2014: My Everything
#63 w 2018: Sweetener

33. CLEO SOL ROSE IN THE DARK

Cleo Sol, a właściwie Cleopatra Nikolic, na swój płytowy debiut przygotowywała nas od 2017 roku, kiedy to światło dzienne ujrzało jej pierwsze nagranie zatytułowane “Why Don’t You”. Sama piosenka zgromadziła już ponad osiemnaście milionów odsłuchań w Spotify, ale o albumie “Rose in the Dark” było dość cicho. Moje pierwsze spotkanie z tym krążkiem nie należało do udanych. Muzyka Sol nie tyle mnie wynudziła, co nie oczarowała żadnym klimatem. Warto jej jednak dać szansę, bo przy dokładniejszym wsłuchaniu się w kompozycje Brytyjki początkowa opinia może ulec znaczącej zmianie. Dziś doceniam ten spokój bijący z aranżacji “Rose in the Dark” i kobiecego, łagodnego głosu Cleopatry. Artystka celuje w neo soul, i chociaż Erykah Badu czy Jill Scott nie jest, tkwi w niej spory potencjał.

32. DUA LIPA FUTURE NOSTALGIA

“Future Nostalgia” poraża – w pozytywnym tego słowa znaczeniu – swoją spójnością i konkretnym, utrzymanym od początku do niemalże końca klimatem. Wokalistka stworzyła porcję piosenek, bez których wkrótce nie będzie mogła obejść się żadna taneczna impreza. Chyba niewiele jest obecnie dziewczyn, które dają sobie radę z przebojowym, ale niebanalnym popem. U Duy podoba mi się też hołd oddany takim sławom jak Kylie Minogue, Moloko czy Madonna, który nie przełożył się na bezmyślne powielanie ich pomysłów, ale wykorzystanie ich patentów do wykreowania własnego muzycznego świata. No i nie ma lipy.

#73 w 2017: Dua Lipa

31. TENNIS SWIMMER

Tworzony przez małżeństwo duet Tennis po muzycznej scenie stąpa od dekady, ale ciągle nie może przebić się do wyższej ligi gwiazd muzyki. 2020 rok przyniósł nam piątą płytę formacji, intrygująco zatytułowaną “Swimmer”. Ten tytuł nie jest przypadkowy. Ponoć Alaina Moore i Patrick Riley sporo czasu spędzili na łodzi podczas rozmyślania nad nowymi piosenkami. A one same ładnie płyną po oceanie indie popowo-ejtisowych melodii, które są proste i niebanalne w tym samym momencie. Sporo tu o miłości, sporo o strachu, że pewnego dnia bajka może się zakończyć. Nad całością góruje słodki niczym miód wokal Moore.

30. KING KRULE MAN ALIVE!

2017 rok. Nieznany mi wówczas King Krule wydaje album “The Ooz” i szturmem zdobywa pierwsze miejsce w ówczesnym zestawieniu moich ulubionych płyt roku. Trzy lata później zaprezentował krążek “Man Alive!”, który nie przynosi wprawdzie rewolucji, ale już tak mnie nie zachwyca jak poprzednik. Archy Marshall ponownie nie skupia się na jednym gatunku, prezentując przekrój różnorodnych dźwięków (progresywny rock, ambient, jazz, art rock), ale podobnych emocji. “Man Alive!” jest zestawem piosenek dość ciężkich, melancholijnych i mrocznych. Idealny soundtrack dla bezsennych nocy, gdy chcemy poużalać się nad sobą i swoim życiem.

#1 w 2017: The Ooz

29. DOUGLAS DARE MILKTEETH

Chociaż Douglas Dare nie wymyślił swojej muzyki na nowo, album “Milkteeth” zatrzymał mnie przy sobie dłużej niż poprzednie wydawnictwa firmowane nazwiskiem niebanalnego Brytyjczyka. Naturalność i otwartość w śpiewaniu na niełatwe tematy od początku były cechą charakterystyczną wokalisty, ale nigdy wcześniej nie brzmiał tak poruszająco, co na najnowszej płycie – doskonale słychać, iż temat rodziny i zakończonych przyjaźni jest dla niego zarówno ważny, jak i trudny. Przełożyło się to na porcję kompozycji bardzo osobistych.

28. DERADOORIAN FIND THE SUN

Amerykańska artystka Angel Deradoorian swój nowy muzyczny projekt rozpoczęła na samym początku armagedonu. Powoli ukazywały się single, a na wrzesień przypadła premiera albumu dość sarkastycznie zatytułowanego “Find the Sun”. Biorąc pod uwagę naprawdę chłodne, pozornie spokojne granie wypełniające ten krążek (mieszanka psychodelicznego, eksperymentalnego rocka, nowofalowego folku), pomyśleć można, że Deradoorian w poszukiwaniu słońca obrała niezbyt dobry kierunek. Wylądowała na kole podbiegunowym, gdzie panuje noc polarna.

27. ALEXANDRA SAVIOR THE ARCHER

Muzykę, jaką w nasze ręce oddaje Alexandra Savior, ciężko uznać za szczególnie odkrywczą i wyprzedzającą swoje czasy. Sama Amerykanka nie ma zresztą ochoty na kombinowanie i wymyślanie koła na nowo. W jej przypadku świetnie sprawdza się bycie wierną oldskulowym brzmieniom, które składają się na nostalgiczny pop, do którego prędzej podumamy aniżeli się pobujamy. Ciekawi mnie, jak długo w przypadku Savior takie rozwiązanie będzie się sprawdzać, ale, co powtórzę za Courtney Love, jeśli artystka dalej będzie się tak ładnie rozwijać, będziemy mogli mówić o ważnym nazwisku na muzycznej scenie.

26. MELODY GARDOT SUNSET IN THE BLUE

Pięć lat kazała nam czekać amerykańska wokalistka Melody Gardot na swój nowy album. Następca znakomitego “Currency of Man”, album “Sunset in the Blue”, jest powrotem do jazzowych korzeni artystki. O ile jej poprzednie wydawnictwo kusiło surowszymi, gorzkimi nagraniami inspirowanymi bluesem, tak ubiegłoroczne otula słuchacza swym ciepłem – nie mogło być inaczej, skoro w kilku kompozycjach Melody sięga po bossa novę i oddaje nam kawałek Portugalii. A jeszcze większe wrażenie “Sunset in the Blue” robi, gdy dowiadujemy się, iż piosenki powstawały podczas kwarantanny, a w ich nagraniu pomagali muzycy rozsiani po całym świecie.

#3 w 2015: Currency of Man

One Reply to “TOP75: najlepsze albumy 2020 roku (50-26)”

  1. W tej części Twojego rankingu znalazły się albumy, które słuchałam, ale w ogóle już ich nie pamiętam: Tennis, Alma, Honey Gentry na krótko zagościli w moich słuchawkach. Okazjonalnie wracam do Charli XCX, Noah Cyrus, a Rinę Sawayamę zamierzam przesłuchać na dniach.
    Pozdrawiam. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *